Matriarchat Mosuo – feminizm w tradycyjnym ujęciu ;)

źródło zdjęcia: http://knowledgeparadiseee.blogspot.com/2013/07/mosuo-tribe-womens-kingdom.html

        Dziś wpis trochę z innej bajki, aczkolwiek mojej także.
Mocno związanej z naturą, ludzką.
Nie często oglądam telewizyjne programy. Zdarza mi się jednak czasem zawiesić na czymś dłużej oko. Ostatni odcinek programu Martyny Wojciechowskiej z cyklu „Kobiety na krańcu świata”, jakoś tak właśnie w oko me wpadł.
Przeznaczenie 😉
Przyznam, że sama formuła programu nie podoba mi się. Komentarze Martyny bywają…och, no dobra, są jakie są. Takie jak ona, takie jak współczesny widz, do którego program jest adresowany… Wiedzą o tym producenci 😉
Mi jednak w owe oko wpadły po prostu bohaterki tego odcinka, czy też może bohaterowie.
Piękne stroje i ciekawie urządzone wnętrza domów – taki melanż tradycji z nowoczesnością, piękne kolory i ciekawe tradycje.
Trochę jak dla mnie, mało treści w programie. No ale przecież zawsze można doczytać.

źródło zdjęcia: http://tygae.weebly.com/uploads/1/3/8/7/13878165/9130412_orig.jpg

Ta niespełna 40 tysięczna populacja, plemienia, które w Chinach nie jest, jak podaje Wikipedia, uznawane za odrębną mniejszość narodową, budzi spore zainteresowanie świata zachodu, choć i jak wskazuje Martyna, także i ostatnio samych Chin.
Oczywiście, że to co najbardziej wzrusza Zachód, to kontrowersja. A u Mosuo życie jest zgoła inne nić chociażby w takiej „cywilizowanej” Polandii. Głównie rozbija się o stosunki społeczne, choć i o ekonomicznie także, konkretniej stosunki damsko-męskie.
Matrylinearny system pokrewieństwa kultywuje w tej społeczności jeszcze około 60% jej populacji, reszta – ta żyjąca głównie w miastach, przystaje już do bardziej znanych nam na zachodzie (teraz) praw zwyczajowych.

żródło zdjęcia: http://tygae.weebly.com/uploads/1/3/8/7/13878165/5062571_orig.jpg

Mocno zapadły mi w pamięć słowa dziewczyny – jednej z bohaterek,  iż taki układ – zwyczaj jaki kultywują Mosuo na wsiach, zapewnia im przetrwanie.
Patrząc na obrazki z filmu, nie ukrywam, że jak na moje potrzeby, to na całkiem przyzwoitym poziomie.
Wiadomo „telewizja kłamie”, albo przynajmniej całej prawdy nie pokazuje, bowiem i wśród Mosuo pewnie i sporo osób żyje skromniej, a stroje tradycyjne pewnie większość zakłada okazyjnie. Jednakże mnie interesuje sama idea, w jakiej żyje to plemie. Idea, która według nich samych zapewnia im przetrwanie. Choć i jest to fakt bardziej obiektywny, bo jednak jakby nie patrzeć, Mosuo przetrwali od około 4 wieku do dziś. Przetrwali ze swoją tradycją, także i ciężkie czasy… Ciekawe w czym tkwiła siła…?
No właśnie. Mówiąc kolokwialnie, siła tkwi w „kupie”, jak mawiają niektórzy. Pomijam istotną role bakterii probiotycznych w naszym życiu (tak, niektórzy robią sobie tzw. przeszczepy kałowe, wlewając roztwór kału zdrowej osoby do swojego chorego jelita. I nie ma w tym nic złego, jesli jest taka potzreba). A tutaj moim zdaniem siła tkwi w klanach i ich jedności. Bowiem u Mosuo silna jest wieź rodzinna. Nie tylko przecież żyją w rodzinach wielopokoleniowych (nawet 4), to jeszcze żywy jest u nich, obok trochę pewnie narzuconej, choć zaadaptowanej i kultywowanej, tybetańskiej odmianie buddyzmu.

Nie jestem antropologiem ani kulturoznawcą 🙂 Choć kto wie, całe życie przede mną 😉
To jednak zainteresowanie kulturami i grupami etnicznymi żyjącymi dalej od cywilizacji, albo nawet w oderwaniu od niej, jest we mnie bardzo żywe. Bowiem zauważam, jak oderwanie od natury doprowadza wielu ludzi do swoistej degradacji, na wielu poziomach.
Samą ciągnie mnie do prostoty, a życie ludzi z tego typu plemion, jest dla mnie wyrazem tej prostoty. Bynajmniej, nie chodzi mi o „prostość” (takie słowo chyba nie istnieje, ale oddaje to o czym myślę) życia, oczywiście. A bardziej o koneksje z naturą po prostu i wzrastanie w jej bezpośrednim otoczeniu. Wrastanie na wielu poziomach oczywiście.

Mosuo nie są ludem koczowniczym, co z resztą widać po stanie zębów tych Pań (sorry, ale zwracam na to uwagę, swoją drogą ciekawe czy te ich zęby są ze srebra czy o zgrozo – z stopu srebra z innymi metalami, w tym glinem – czyli z amalgamatu, brrr), co za pewne miało wpływ na taki a nie inny własnie, obraz relacji społecznych i samą matrialchalność (kult bogini matki) i matrylinearność.
Ciekawe też, o czym wspomina jedna z bohaterek, że z matką bez problemu się dogada, ale juz na przykład z bratową…nie było by to możliwe, nie wspominając o partnerze – o czym później 🙂
No właśnie, dlaczego – otóż to chyba proste jak dwa razy dwa, więzy krwi są najważniejsze.
Oraz solidarność płciowa, jak i po prostu jedność w predyspozycjach, warunkowanych daną płcią. Bowiem od dawna wiadomo, ze chłop z babą, to owszem, żyć bez siebie nie mogą, ale ze sąbą też nie mogą…zbyt długo i na zawsze. Kto wierzy, że może być inaczej (chyba, że w rodzeństwie albo przyjaźni gdzie brak już oznak pociągu seksualnego u chłopa i u baby macierzyńskiego instynktu…).  No cóż, krzyż na drogę. Choć sama czasem ten krzyżyk sobie na kark zakładam, bo wierzę, że można jakoś żyć obok siebie i trochę ze sobą, choć nie dla siebie i nie wciąż… Nie wiem czy ktoś nadąża za moim tokiem rozumowania….
Interesujące jest to, jak Martyna zareagowała na fakt, iż mężczyźni Mosuo mieszkają ze swoimi matkami (ale także i z resztą rodziny braćmi, siostrami, o tym w tym momencie nie wspominała), a jej reakcja..no cóż, była typowo „zachodnia” dla mnie i z lekka zalatująca śmierdzącym feminizmem (mam na myśli tę twardą odmianę feminizmu ;), dla mnie śmierdzącą).
Że nie wspomnę już o tekście, że wypada zadzwonić do „perfekcyjnej Pani Domu”, bo ponoć widziała tam niezły bałagan… Ja wiem, ze Martyna pracuje dla TVN..i wiem co to za syfiarska telewizja…No ale dobra, nie o tym. Generalnie do Martyny nic nie mam, jest sympatyczną kobietą, z pasją. Nie lubię TVN i innych komercyjnych stacji 😉
A wracając do zamieszkiwania mężczyzn Mosuo w domach rodzinnych,w  których rządzi kobieta-matka. No cóż. Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego 😉 Bowiem czyż w naszym społeczeństwie, nie jest podobnie? Jeśli nie dosłownie, nieżonaci męźczyźni mieszkają z mamami (bo np matka jest samotna, albo tato już nie żyje, albo warunki ekonomiczne nie dają innej opcji, albo syn ma taką potrzebę, albo matka… itd), to często syn i tak matkę swą nawiedza często i gęsto bywając w jej domu, na proszonych – lub nie – obiadach, albo wisi na telefonie i z mamą gada. A jeśli z jakichś powodów jego stosunki z matką nie układają się tak pomyślnie 😉 i drze z nią koty albo psy, to wówczas albo znajduje sobie „matkę” w partnerce (co przecież też dla związku zdrowe nie jest 😉 ) albo jest samotnikiem, starym kawalerem skaczącym z kwiatka na kwiatek, albo nie chce się pchać w żadne poważniejsze relacje z kobietami.
Nie chce nikogo tutaj z mężczyzn urazić. To są moje luźne życiowe obserwacje 😉 i zdaję sobie sprawę, że każdy przypadek jest trochę inny, prawa jednak rządzą nami te same. Instynkt jest instynktem, potrzeby pierwszego i drugiego rzędu zaspokoić trzeba, Nie ma innej opcji.
I teraz wracając do Mosuo, otóż taki gościu, wcale nie musi być „mamisynkiem” w naszym tego słowa rozumieniu. Facet żyje w wielopokoleniowym domu, opiekuje się (na tyle ile facet powinien i w jakim wieku dziecka) dziećmi swoich sióstr, pracuje na roli (choć babcia w filmie stwierdziła z lekką przykrością, że jak chce to pracuje, a jak nie to nie musi – z reszta wszyscy faceci są podobni, a natury bardziej wolni niż my kobiety) no i ma partnerkę – zwykle jedną przez jakiś czas, z którą się spotyka i jak ona zdecyduje (co podkreślił bohater reportażu) ma z nią dziecko, w którego wychowaniu też potem uczestniczy. Przy czym podejrzewam, ze głównie chodzi o wychowanie, a nie opiekę w najwcześniejszych latach życia, kiedy to według mnie najważniejsza dla dziecka jest matka (jej bliskość, jej pokarm). Dlatego czasem dziwnie patrzę na tatusiów z chustami. Sorry, no może jestem inna. Ale ojciec owszem jest ważny i potrzebny dla dziecka, nawet w pierwszym okresie życia, ale mocniej w życia dziecka, winien wchodzić IMO dopiero po roku, jak już dziecko na dłużej odrywa się od cycka. Oczywiście jego energia jest bardzo ważna moim zdaniem dla dziecka (i matki też), dlatego powinien być w pobliżu. Ale tak naprawdę nie musi. A już niezwykle ważny staje się dla dziecka (zarówno chłopca jak i dziewczynki) około 5 roku życia. Wtedy matka naturalnie odchodzi troszkę w odstawkę, a ojciec staje się największym autorytetem.
Choć w wielopokoleniowych domach, kobiety na tyle się wzajemnie wspierają w pracach i opiece nad dziećmi, że mężczyźni nie muszą brać w tym stale udziału. Z resztą kiedyś więcej czasu spędzali na polowaniach, co niejako tłumaczy dla mnie niechęć panów Mosuo do pracy na roli 😉 Bo jednak Mosuo, to plemię rolnicze, a człowiek ma jednak w sobie więcej z łowcy-koczownika, niż rolnika.


źródło obrazka: http://www.mensxp.com/special-features/today/8337-top-matrilineal-societies-in-the-world.html

Ciekawie wypowiada się młoda dziewczyna Mosuo, że związki „chodzone” – bo tak nazywają oni swoje małżeństwa, dają kobietom wolność.
Poza tym, w moim mniemaniu, także przyczyniają się trochę do postrzegania partnera i wzrostu atrakcyjności wzajemnej. No cóż, najcięższe chwile partnerzy spędzają z rodziną – a nie w swoim towarzystwie. To rodzina widzi ich cierpiących i w amoku, a nie partner – to nie dziw, że wzajemnie partnerzy mogą być dla siebie atrakcyjni na dłużej i niekoniecznie mężczyzna szuka „nowości” i wolności w innej obcej kobiecie. Kiedyś faceci wyruszali na wielodniowe polowania, albo wojny, nie zajmowali się każdego dnia dziećmi, żoną (partnerką). Wracali na tarczy – albo pod, w ramiona ukochanej (wiem, bywało, że zaspokajali swoje żądze na boku :/ z jakąś chudą kobietą – celowo podkreślam chudość 😉 faceci wiedza o co chodzi – ale jeśli kochali, to wracali. A kobieta w domu nie musiała znosić widoku innej żony czy kochanki…).
Z resztą, przecież w naszym świecie ta zasada też funkcjonuje. Ileż to małżeństw czy związków rozpada się po wspólnym partnerów zamieszkaniu… A jak kwitną w okresie narzeczeństwa, gdy ludzie spotykają się i nie dzielą ze sobą na maksa wszystkich trosk.
Więc rzecz można, że i u nas „małżeństwa chodzone” funkcjonują, tylko nazwa jest inna 😉
Wiem, dziś faceci wyruszają na „polowanie” do pracy, do biura 😉 (choć przecież to zupełnie coś innego), gorzej ze nie dość, że w tych biurowych polowaniach uczestniczy dużo kobiet, a czasem nawet dowodzą ;), to jeszcze częściej niż rzadziej kobiety te nie są tam tylko po to by się w przerwie na polowaniu „zabawić” z facetem, tylko raczej ostrzą sobie na niego pazurki, upatrując w nim ofiary swoich instynktów…
Potem i facet cierpi i ta baba co w domu dzieci niańczy, a przez to, że żyje sama z dala od rodziny, to czuje się bardziej osamotniona i obarcza swoimi problemami dzieci…a te dalej potem niosą ten krzyż na swojej ścieżce życia. Proste i prawdziwe. Niestety.
Mężczyzna potrzebuje dużej dozy wolności, wiadomo. Co nie musi się przekładać na jego zaangażowanie i odpowiedzialność. Wręcz przeciwnie przecież. A na prawdziwym polowaniu może się wyżyć i wzrastać w tym, w czym facet wzrastać powinien, bez stałego kobiecego nadzoru.
A kobieta z kolei, ze swoim pogmatwanym wewnętrznym życiem emocjonalnym, którego sama czasem od razu nie potrafi zrozumieć, lepiej gdy ma wsparcie innej kobiety, niż wylewa wszystko na mężczyznę, który i tak do końca nigdy nie ogarnie tego o co jej na bogów… chodzi.

Osobiście żałuję, że nie żyjemy dziś w rodzinach wielopokoleniowych. Myślę, że ludzie są szczęśliwsi w takich układach. Rodzina – nie tyle dom (z kamienia, gliny czy betonu – to ostatnie fee) to opoka, co rodzina i jej wsparcie, nawet często w kłótni i wzajemnym zmęczeniu, ale jednak wsparcie. A jak człowiek ma zaspokojoną podstawową potrzebę – bezpieczeństwa, to jego rozwój i życie na wszystkich innych poziomach, jest progresem i daje szczęście jemu a przez to całej reszcie. A jak bezpieczeństwa brak, to przez chwilę jest się wolnoduchem a potem wpada się w sidła jakiejś sekty, ideologii, pieniądza czy innego uzależnienia, na bezkresnym poddaństwie wobec wodza kończąc (zainteresowanych odsyłam do Ucieczki od Wolności Fromma na przykład).
Owszem, gro ludzi radzi sobie bez rodziny, i też buduje szczęście własne i innym. Nie wiem, może to są mocne jednostki, silne i potrafiące to bezpieczeństwo zapewnić sobie samemu. Ale to są chyba jednostki, a nie większość. Większość się miota…
Ale czy tylko o indywidualne bezpieczeństwo w życiu się rozchodzi? Kiedy człowiek staje się rodzicem, wtedy samotność i brak wsparcia rodziny pewnie odczuwa mocniej, bo i odpowiedzialność rośnie. Tak myśle. No własnie, i choć na przykład samotna matka w wielkim mieście, wynajmująca mieszkanie na 10 piętrze punktowca, radzi sobie całkiem nieźle bez rodziny, która została daleko na wsi. A ona ma pracę i spotyka się nawet z jakimś mężczyzną, to czy to dziecko wystarczająco jest w stanie obdarzyć poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje klan… Ech. Jakoś w to nie wierzę. Może i ona przetrwa, ale dziecko może nosić w sobie niezłą bliznę.

U Mosuo jednak ścisły panuje ścisły podział ról, zgodnie z naturalnym porządkiem. W odróżnieniu na przykład do mieszkańców Kibców, które akurat na myśl mi przyszły. Bowiem i tam także panuje zasada „wszystkie dzieci nasze są” (ale porządek ról w Kibucach jest…no cóż, w mojej opinii nienaturalny). I choć pewnie nie o to chodziło Majce Jeżowskiej (nie pamiętam kto był autorem piosenki, ale chyba Jacek Cygan – tak sprawdziłam, z moją pamięcią nie jest tragicznie ;), to jednak u Mosuo dziećmi opiekują się wszystkie kobiety z klanu (rodziny), co ma głęboki sens. Każdy kto najmował do opieki nad swoim dzieckiem obcą nianię, wie o co chodzi. Jednak więzy krwi – to więzy krwi, poza tym nikt nie zastąpi babci 🙂 A mężczyźni przejmują na siebie wiele ciężkich prac, uczestnicząc przy tym w wychowaniu dzieci, ale jakoś wątpię, że noszą je godzinami w nosidłach ;P Podejrzewam, ze z dziećmi się bawią, bo faceci w zabawie z własnymi dziećmi są moim zdaniem lepsi niż kobiety ( o ile mężczyzna oczywiście jest szczęśliwy ze sobą i sam potrafi w sobie odnaleźć dziecko).

Ciekawie postrzegają niepełnosprawnych Mosuo, jako szczególny dar od bogów. W zasadzie piękne i głebokie ujęcie niepełnosprawności. Funkcjonujące także i w naszym „świecie”. Bowiem doprawdy, od niepełnosprawnych ludzi można się wiele nauczyć… o świecie, o sobie, o innych, o życiu… Kłóci mi się to trochę z ideą szkół integracyjnych, której to zwolenniczką nie jestem. Edukacja, to edukacja. Powinna odbywać się w domu 😉

Prawdę powiedziawszy, nie widzę kontrowersji w sposobie życia ludzi z plemienia Mosuo.
Dostrzegam jednak to, iż to jak żyją czyni ich szczęśliwymi i doprawdy, uważam, że daje przetrwanie. Co ważniejsze, w szczęściu. Wystarczyło spojrzeć na tę ponad siedemdziesięcioletnią kobitę, z jaką werwą karmiła świnie i kury. Ale gdy wspominała swojego partnera, to jednak łza się jej zakręciła w oku. Dla mnie to wyraz szacunku dla mężczyzn.
Poza tym postrzegana ona jest w rodzinie jako ktoś najważniejszy – czego u nas dziś już trudno doświadczyć. Wystarczy odwiedzić pierwszy lepszy dom „spokojnej” starości….

I na koniec jeszcze jeden aspekt, który zwrócił moją uwagę – a mianowicie SUSZONA ŚWINIA !!
Patrzcie, poza ziemniakami z ryżem i warzywami (z resztą dość mocno jak widać było okraszonymi tłuszczem), oni jedzą także surowe dojrzewające mięso. Piękne, ze zachowało się to do dziś, bo u nas zwyczaj jedzenia surowizny dawno już zamarł, choć oczywiście miejscami się odradza. Ta suszona świnia zaiste była super, ale i pozostałe wiszące kawałki mięsa. I to jak postrzegali to mięso, jako skarb. Założę się, ze gdyby mogli, jedli by go więcej. No ale, ze to rolnicze plemię…To sami wiecie. Niestety widać to po zębach (poza ubytkami widać też u niektórych spore rozluźnienie zębów, twarze węższe niz u przodków…).  No ale dobra, nie będę się bawić w Westona Price’a, bo to temat na osobny post.
Ale przy okazji zapowiadam, ze lada dzień zamieszczę post o moim naturalnym kremie do pielęgnacji zębów i dziąseł 🙂 – póki co link do mojej poprzedniej pasty (tu kliknij)

Na dole linki do stron o Mosuo.

p.s.
Post okraszę jeszcze piękna ilustracją w swym wykonaniu, ale to za chwilę.. 🙂

 

http://www.mosuoproject.org/main.html

http://tygae.weebly.com/tsedaqah.html

http://pl.wikipedia.org/wiki/Mosuo
I link do odcinka:

http://nakrancuswiata.tvn.pl/odcinki-online,6/odcinek-4-krolestwo-kobiet,33321,o.html

 

Zawarte na stronie treści to efekt moich doświadczeń, zdobytej wiedzy oraz własne refleksje na dany temat. Cenie sobie naturalne rozwiązania i je promuję. Ale decyzje w kwestii swojego zdrowia każdy podejmuje na własną odpowiedzialność. Dziękuję, ze tu zaglądasz 🙂 Pozdrawiam naturalnie. Asia

FacebookTwitterGoogle+Podziel się