Moje refleksje pourodzinowe. Czyli co u mnie, trochę o mnie i o moich planach…

Dziś post z tych z cyklu – refleksje. Pisze go głównie dla siebie, a na psychikę dobrze działa, gdy nie chowa się pewnych treści do przysłowiowej „szuflady”, dlatego wypuszczam je na blogu…

Ten post będzie pewnie przydługi, wielowątkowy, subiektywny i nie będzie w nim porad. Dla tych, co ich szukają, odsyłam do innych postów kulinarnych i kosmetycznych oraz do sekcji DIY w menu głównym.

Mój Blog i Strona powstały z potrzeby serca, w tym z potrzeby kreacji. Niemałe znaczenie w budowaniu Bloga miało za pewne moje ego, ale ja nie mam nic przeciwko ego :). Blogowanie i tworzenie były odpowiedzią na moje wewnętrzne wołanie – „zrób to Coś, poza tym co robić niestety musisz!”.
Zaczęłam więc To robić. Robię nadal, choć z inną niż kilka lat temu intensywnością, częstotliwością oraz jakością. Zmieniam się i lubię te zmiany w sobie. Choć niektóre doprawdy mocno walą mnie po „dupie”.

Na szczęście na mojej drodze życia spotykam dobrych ludzi i jestem za to wdzięczna Wszechświatowi…

Dzisiejszy dzień – dzień moich 37 urodzin, skłonił mnie do jeszcze głębszych refleksji nad swoim życiem. Jakoś tak samo nasunęło mi się zrobienie podsumowania życia w głowie. Wnioski wpędziły mnie w, co najmniej, mieszane uczucia…

Jestem osobą, która lubi coś tworzyć, lubi coś robić i nie potrafi się nudzić. Niestety.
U mnie nuda zawsze kończy się planowaniem w głowie nowych działań. Nie wszystko potrafię potem urealnić – zmaterializować, wiele mi się udaje, rzadko mi się nie udaje. Ostatnimi czasy doszłam jednak do wniosku, że choć przez całe życie byłam bardzo zaradna, dość samodzielna w wielu działaniach (dziś z perspektywy czasu aż czasem się dziwię tej samodzielności i wytrwałości w niej) i odważna na swój sposób – choć zlękniona bardzo, perfekcyjna – lubiąca ogarniać otaczający mnie chaos, ciężko „zasuwałam” – i robiłam mnóstwo rzeczy – głównie dla innych…
A najmniej dla siebie, choć nie świadomie.
Nie udało mi się jednak osiągnąć jednego – choć słowo „osiągnąć” wydaje mi się tu nie na miejscu – nie mam jeszcze „swojej” rodziny.
Poczułam też, szczególnie ostatnio, że jak jeszcze tak trochę pozasuwam, to „obudzę się z ręką w nocniku”.

Od kilkunastu miesięcy powróciło do mnie bardzo żywo mnóstwo tematów z dzieciństwa – dzięki własnej ciężkiej pracy ze sobą na różnych warsztatach rozwojowych i w terapii, jak i pracy z dziećmi. Stąd za pewne i ostatnie moje przemyślenia.
Nie bez przyczyny za pewne wybrałam arteterapię oraz pracę z dzieciakami – swoją drogą dziećmi z bardzo doświadczonych środowisk i rodzin, ale po tych kilkunastu miesiącach pracy w tym klimacie poczułam ogromne przytłoczenie i pracą i samymi studiami arteterapeutycznymi, które nie polegają tylko na wkuwaniu teorii i filozoficznych dyskursach – ale przede wszystkim na pracy warsztatowej – ze sobą samym.

Odstawiłam na bok moje natulowe poczynania kreatywne i mam do siebie o to lekki żal, choć cały czas nie jestem przymuszana przez nikogo (poza sobą samą) do podejmowania takich, a nie innych decyzji.

Pracuję ostatnio intensywnie nad tym by zwolnić, by odpuścić, by znów zacząć słuchać serca i iść za jego głosem, a nie podążać drogą lęku, od którego władzy nie wiem czy kiedyś się uwolnię – acz uczę się go ogarniać na tyle, by żyć w spokoju i szczęściu.

Marzę o naturalnym farbowaniu tkanin, szyciu z naturalnych tkanin natulowych wytworów, robieniu szydełkowej koronkowej bielizny naturalnej, szyciu i robieniu naturalnych ozdób i akcesoriów. Chciałabym się nauczyć szyć lalki i rzeźbić w drewnie… Chciałabym też malować na drewnie naturalnymi farbami olejnymi…

A w tak zwanym międzyczasie doskonalę mój warsztat kosmetyki naturalnej – nie chcę jednak robić z tego głównego mojego zajęcia zawodowego. Zwłaszcza, że już przestałam myśleć o założeniu własnej firmy kosmetycznej (to hard in Poland…).
Za to chciałabym uruchomić działalność rękodzielniczo-warsztatową.

Takie mam potrzeby te z serca.

Bardzo chciałabym także napisać poradnik kosmetyki naturalnej – z uwzględnieniem receptur paleo oraz naciskiem na produkty pszczele w kosmetyce. W związku z tym, że nie chcę tworzyć kolejnej książki o kosmetyce naturalnej – jakich na naszym rynku wydawniczym jest już obecnie sporo, nie lada wysiłkiem jest dla mnie obmyślenie co ma się znaleźć w takim poradniku – by był on jednak świeżym powiewem na rynku tego typu publikacji. Nie chce w nim zwyczajnie powielać tego, co można znaleźć w innych tego typu pozycjach książkowych. Jednocześnie pragnę stworzyć dzieło, które będzie treściwe, praktyczne, proste w „obsłudze”, skłaniające do refleksji oraz podparte literaturą, jak i moim własnym – bogatym już w tym zakresie – doświadczeniem.

Sporo pracy przede mną w związku z tym…

Jeszcze pół roku temu myślałam, że uda mi się napisać ten poradnik do końca roku i jakoś go wydać. Ale im dalej w las… Tym bardziej przyzwyczajam się do myśli, że proces ten potrwa dłużej.
Jednakże, jestem Wam wdzięczna za szereg informacji odnośnie tego, co Wy chcielibyście zobaczyć w takim poradniku – co chcielibyście by poruszał.

Jeśli macie jeszcze jakieś propozycje, pomysły i potrzeby – proszę kierujcie je na adres natule.art@gmail.com. Z góry dziękuję za wszelkie maile w tym temacie!

Ostatnio też powoli wracam do aktywności fizycznej (ćwiczeń) w takim wydaniu, który mnie nie krzywdzi. Miałam sporą przerwę w treningach. Przerwa ta nie była wymuszona niczym zewnętrznym tak naprawdę. Po prostu, po wypadku i operacji, którą miałam 2,5 roku temu, moje ciało wiele zaczęło mi pokazywać. A ja zaczęłam na me ciało inaczej patrzeć. Operacja włączyła we mnie zapchane pod dywan nieświadomości traumy z dzieciństwa, obudziła przykryte płaszczem pozornej szczęśliwości, lęki…
Kilka miesięcy po operacji poczułam, że nie mogę już wracać do takich treningów, jakie serwowałam sobie wcześniej. Drażniło mnie moje ambicjonalne podejście do ćwiczenia, które miałam kiedyś, rywalizacja z samą sobą… Zaprzestałam więc biegania i jogi, siłownia poszła w odstawkę. Jedyny ruch jaki uprawiałam to krzątanie się po domu, chodzenie (częściowo) do pracy, po zakupy piechotą oraz chodzenie w pracy (nie mam pracy typowo siedzącej) kilka razy w tygodniu.

Dwa miesiące po operacji (miałam operację w jamie brzusznej) próbowałam wrócić do ćwiczeń i na początku to się mi całkiem dobrze udawało. Lekkie bieganie, ćwiczenia siłowe, potem były przysiady z obciążeniem, wykroki – wiele z tych ćwiczeń zaczęłam robić dopiero wówczas. Jednakże, moje ciało stawało się z czasem coraz bardziej spięte, naprężone, nieelastyczne. Bolało mnie – w rożnych miejscach. Treningi stawały się dla mnie coraz trudniejsze – a raczej regeneracja po nich. Jeszcze wówczas nie wiedziałam, w czym tkwi problem, i że nie jest on „czysto” fizycznym bólem.
Ból w ciele towarzyszył mi w nocy i często za dnia. Szukałam przyczyny w uleżałym słomianym materacu. Zmiana materaca na gryczany nie zmieniła sytuacji, a bóle w odcinku barków, bioder i karku – nasilały się. Bywały czasem tygodnie bez bólu, ale potem nagle jak z bicza strzelił – ból powracał. Czasem wzmocniony, czasem przyćmiony.

Nie faszerowałam się lekami przeciwbólowymi, ale zaprzestałam treningów całkowicie – bo czułam, że ćwicząc intensywnie dam sobie jeszcze więcej powodów do cierpienia. Jednocześnie w tym czasie dość intensywnie zaczęłam pracować ze swoimi emocjami i psychiką – zaczęłam szkolenia na arteterapeutę oraz pracę z dziećmi.
Działo się we mnie wiele procesów, które dziś wiem, nie były obojętne dla mojego ciała. A ból był sygnałem, że wiele w nim mam jeszcze upchanych doświadczeń, także tych bardzo wczesnych z okresu dzieciństwa, których w zasadzie nawet nie powinnam pamiętać (głową).

Terapeuci pracy z ciałem i fizjoterapeuci zgodnie donoszą, że ciało „pamięta”. Nawet jeśli głowa nie nasuwa nam wspomnień, w mięśniach i powięziach potrafi się zgromadzić nieuwolniona w jakichś sytuacjach, energia. To nie jest magia, to jest fizyka (pewnie bardziej kwantowa, ale jest).

Intuicyjnie czułam, że nie powinnam bagatelizować sygnałów z ciała, ale wiedziałam też, że nie tknę chemicznych wspomagaczy, by uśmierzać ból. Nie namawiam nikogo do podobnych działań, to była moja potrzeba, podyktowana mocnymi pobudkami, o których dziś wiem, i mnie osobiście pomogła dotrzeć do momentu, że dziś ból jest bardzo rzadki, a moje życie staje się znacznie przyjemniejsze.

Oprócz mentalnych metod pracy ze sobą, o których wspominałam pisząc o kursach rozwojowych i studiach, zaczęłam lgnąć do technik wykorzystujących ciało – jako nośnik informacji.
Warsztaty z pracy mięśni głębokich miednicy, potem przygoda z TRE, warsztaty pracy tańcem i ruchem intuicyjnym, a w końcu ćwiczenia metodą Lowena – dały mi mnóstwo wiedzy o sobie samej i pozwoliły na stopniowe pozbywanie się bólu. Czemu towarzyszy intensywne czasem uwalnianie emocji, których odczuwanie dotąd było mi dość obce (co by tłumaczyło bóle ciała…).

Przy okazji moja dieta unormowała się i przestałam szukać w niej sposobu na ratowanie siebie 🙂 Nadal jadam w stylu naturalnym, ale nie dzieje się mi nic złego gdy spożyję produkty ogólnie dostępne i zjadane przez „statystycznego Kowalskiego”. A będąc uczestniczką wielu szkoleń, warsztatów, spotkań oraz w pracy – stykam się z „normalnym” jedzeniem bardzo często. Moje problemy gastryczne minęły, nie miewam uczuleń – jak było wcześniej. Moja dieta nie jest restrykcyjna. Zwyczajnie staram się jeść naturalnie i słuchać siebie – odnośnie tego kiedy chcę jeść i czy czuję głód.

Z „używek” – pozostałam wierna czarnej herbacie 🙂 Którą uwielbiam i nie zamierzam z niej rezygnować. By być bardziej nawodniona – staram się popijać w ciągu dnia po prostu więcej wody.

Nadal pracuje nad sobą emocjonalnie i mentalnie oraz duchowo. Jestem zdania, że jak raz wejdzie się do tej rzeki – zwanej „rozwojem świadomości/wewnętrznym” to nie da się z niej wyjść (chyba, ze „nogami do przodu” 😉 ). Ale ja staram się w niej raz brodzić, raz zanurzam się głębiej.

Jak już wspomniałam, od pewnego czasu czułam głęboką potrzebę by chodzić. Nie biegać, a zwyczajnie iść przed siebie wyprostowana i pewna siebie. Jako że już kiedyś po kontuzji stopy, miałam okres chodzenia z kijkami (nordik walking) wyciągnęłam z zakamarków swoje kije i zaczęłam trenować.

Postanowiłam stopniowo i z szacunkiem do ciała (siebie) dozować sobie tę aktywność. Choć ego mówiło – e co tam, dawaj, przecież to tylko kije i chodzenie, możesz od razu walnąć sobie 10 km w fivefingersach 😉
Ja na szczęście, przeprosiłam go i powiedziałam, by pozostało sobie tam gdzie siedzi i zaczęłam od krótkich dystansów w butach z lekką amortyzacją (mając na celu treningi w minimalnym obuwiu). I tak stopniowo zwiększałam dystans, a obecnie wprowadzam już krótkie lajtowe podbiegi w minimalistycznych new balancach.

Nawiązując do wspomnianego wyżej bólu ciała, w ostatnim roku nasilił mi się bardzo ból kolana. Kiedyś występował sporadycznie po przetrenowaniu, ale zimą ból osiągnął swoje apogeum (podobny ból miałam także w plecach i w biodrze). Ból pojawił się jakiś czas po tym jak intensywnie ponad rok temu, ćwiczyłam wykroki, siady. Z początku był krótki i nie wskazywał na jakąś kontuzję czy poważne uszkodzenie. Nasilał się jednak w zimnie (zimą) i w nocy podczas bezruchu. Zachodziłam w głowę co to może być. O dziwo ból nie pojawiał się podczas chodzenia i biegania. No i nie był stały, a pojawiał się falami. Ciepło go uśmierzało. Największy ból w tych okolicach dotykał mnie zimą, a byłam także wtedy już stosunkowo nieaktywna.

Jako że, zaczęłam bardziej słuchać swojego ciała, wiedząc już, że niesie ono ze sobą sporo informacji, zauważyłam także, że chodzenie i bieganie nie nasila bólu. Jednocześnie dałam się w końcu Kubie namówić na wizytę u porządnego specjalisty od kolan. Ten, jak się potem okazało, potwierdził moje przypuszczenia, że ból związany jest ze stresem – mówiąc najogólniej, a powodują go zrosty tkanki powięziowej (oraz stare mikrokontuzje wynikające z przeciążeń, także spięcia w ciele – ogólnie).
Tkanka powięziowa jest bardzo ciekawą tkanką, a jej napięcie wiąże się ściśle ze stanem emocjonalnym oraz reakcjami instynktownymi. O tym jak ciało zapisuje nasze stany emocjonalne i psychiczne, znawcy tematu napisali dziesiątki książek, dlatego zainteresowanych odsyłam do lektury literatury fachowej. Ja jednak przekonałam się, że to co się dzieje w mojej głowie, ma ścisły związek z tym co wyraża moje ciało – w drugą stronę to także oczywiście działa. Uświadomiły mi to i dały odczuć pozytywnie, ćwiczenia w metodzie TRE oraz pracy z ciałem poprzez taniec i ruch intuicyjny.

W każdym razie dziś wiem, że nie mam jakichś uszkodzeń w stawie kolanowym, dlatego z przyjemnością zaczęłam chodzić z kijami, dołączając ostatnio do treningów krótkie przebieżki. Ciało moje staje się bardziej elastyczne, i pomimo, że nie zmieniłam materaca (śpimy na gryczanym) – bóle ciała już tak mi nie dokuczają. Wiele jednak, uważam, zawdzięczam pracy ze sobą w metodzie Aleksandra Lowena.

Jest też we mnie też ostatnio ogromna potrzeba zajęcia się sprawami „zwykłymi” – przyziemnymi, codziennymi, po prostu prozą życia. Odnajdując w sobie spokój znajduje w sobie więcej siły i potrzeby kreacji. Mam tyle pomysłów na swoje dzieła, ale nadal jeszcze brakuje mi na wszystko czasu. Chcę bardzo założyć rodzinę, ale nie zawsze dzieje się tak, jak wydaje nam się, że chcemy…

Jestem osobą, która robi wiele rzeczy jednocześnie i to wszystko stara się robić jak najlepiej. To niestety doprowadza mnie do stanu sporego wyczerpania energetycznego. Nadal w kluczowych sferach życia odczuwam brak energii – ale pracuje nad tym, by energia tam na nowo zagościła i rozgościła się po całości…
Dlatego też stopniowo albo na jakiś czas rezygnuję z niektórych aktywności.

Ciężko mi czasem coś odstawić, bo zaraz umysł włącza stare schematy myślowe, oceniające. Krytyk wewnętrzny szaleje. Choć mój krytyk wewnętrzny to bardzo zlękniony gość… Dobrze go poznaję ostatnio. Dzięki temu poznaniu oraz wiedzy, jaką zdobywam z książek, kursów i spotkań – przynajmniej wiem, co jest prawdziwą przyczyną pewnych działań i podchodzę do tego ze zrozumieniem i troską.

Czasem zastanawiam się nad tym, jak ludzie wyobrażają sobie życie blogerów, czy zdają sobie na przykład sprawę z tego, ile czasu i energii kosztuje napisanie posta, nie mówiąc już o czasie poświęconym na liczne eksperymenty przed napisaniem postów – na przykład te z testowaniem receptur na kremów.

Nie wiem ilu z Was pisze/prowadzi bloga. Ci co to robią – wiedzą ile czasu zajmuje napisanie jednego obszernego tekstu, ile czasu zajmuje zrobienie zdjęć, ich edycja w programie graficznym. Ile czasu trzeba poświęcić na siedzenie przed ekranem komputera, by zdziałać coś, co wielu ludzi często nie czyta, a przegląda pobieżnie i oczekuję jeszcze więcej…

Ja swoją stronę (Bloga) stworzyłam praktycznie sama. Korzystając z półgotowca sama opracowałam stronę graficzną i robiłam zmiany w kodzie strony. Sama zrobiłam sobie logo natule, robię wszystkie grafiki – także i nasze piękne etykiety octów 🙂 Lubię to także, ale robię to też z oszczędności – za pisanie bloga i dzielenie się dziesiątkami porad nikt mi nie płaci pieniędzy, choć przyznam, że otrzymuję czasem miłe dla mnie wiadomości od osób, którym receptury pomagają, a moja działalność ich inspiruje.

Wszystko sama… Przysłowiowa Zosia Samosia…
To straszne, nie polecam Wam takiej harówki – najmijcie kogoś, zlecajcie robotę – ja się tego uczę powoli … (a jednak i w poście znalazła się porada 🙂 ).

Wolę też pisać niż mówić do kamery. Wiem, że współcześnie warto po prostu kręcić filmiki, ale ja nie jestem gotowa na tego typu ekspresję. Jestem osobą dość skrytą w sobie i nie pcham się przed kamerę. Nie lubię też robić czegoś wbrew sobie, co nie oznacza, że nie przekraczam granic swojego komfortu. Przekraczam i to bardzo często – co mnie cieszy i rozwija, ale mam też szacunek do siebie samej i staram się robić to na tyle często by się nie nadwyrężać jednak za bardzo 🙂 Dlatego teraz miast nakręcić 30 minutowy filmik, siedzę i pisze ten post. Ale dla mnie to teraz jest dobre.

Jestem osobą, która lubi zacisze domowego ogniska i lubi o nie dbać. A w życiu ostatnio sporo mnie było „na zewnątrz domu”… co postanowiłam teraz jednak sukcesywnie zmieniać. Bardzo chcę wrócić do domu. Tego przysłowiowego, jak i tego dosłownego – czyli do siebie.

Tym, którzy dotrwali do końca tego posta, powiem, że pracuję aktualnie nad innowacyjnymi ekstra kremami łojkowymi – dopieszczam receptury i mam nadzieję, że się Wam spodobają, bo mi bardzo pasują.
Premiera pierwszego kremu pod oczy – już niebawem. Potem w planie jeszcze mam balsam do ciała oraz kremy do twarzy. Ale póki co czekam z utęsknieniem na dostawę łoju wołowego, o który niestety nie łatwo w naszym kraju…

Podjęłam już kilka decyzji, by zwolnić tempo i zacząć żyć życiem dla siebie, a nie dla innych…
Sama trzymam kciuki za siebie, by mi się udało.

Dziękuję za przeczytanie albo przeskrolowanie tego wpisu do końca.

Dla mnie ważne jest to, że to napisałam i „wyrzuciłam” to z siebie 🙂

Życzę Wam spełniania marzeń <3

 

 

Zawarte na stronie treści to efekt moich doświadczeń, zdobytej wiedzy oraz własne refleksje na dany temat. Cenie sobie naturalne rozwiązania i je promuję. Ale decyzje w kwestii swojego zdrowia każdy podejmuje na własną odpowiedzialność. Dziękuję, ze tu zaglądasz 🙂 Pozdrawiam naturalnie. Asia

FacebookTwitterGoogle+Podziel się