Nie chce mi się… O nawykach i rytuałach oraz co pomaga mi się motywować

Czasem są takie dni, że nic mi się nie chce…

Nie chce mi się wstać wcześniej, poćwiczyć rozruchową jogę, popisać „poranne strony dziennika”, powolniej i świadomiej pooddychać.
Nie chce mi się tworzyć – bo gdzieś zamazuje mi się sens tego co robię…
Bywają takie dni. Niestety? A może to dobrze?
Zauważam, też, że gdy pominę pewne swoje regularne działania (można je nazwać nawykami, rytuałami) odczuwam później ich brak i dostrzegam mocniej, jaką rolę dla mnie pełnią.
Takie rytuały nie są tylko działaniami dla ciała (poranne rozciąganie, nawadnianie, ćwiczenia, spacer) – ale wchodzą w obszar psychiki (świadomości, podświadomości) – działają holistycznie.

Poczucie bezpieczeństwa a nawyki

Codziennie powtarzane rytuały dają mi poczucie bezpieczeństwa.
I motywują mnie do działania. Zwłaszcza, że zaczynam po pewnym czasie, odczuwać korzyści z ich praktykowania.

Regularność daje mi poczucie bezpieczeństwa.
Myśląc o tym, mam przed sobą obraz malutkiego dziecka, które regularnie co kilka godzin przytula się do piersi swojej karmicielki i je pożywny dla niego pokarm …
Mam poczucie, że jako ludzie (ssaki, zwierzęta) jesteśmy predestynowani do regularności. A cykliczność jest częścią naszej ludzkiej natury.
Cykliczność jest częścią ziemskiej natury (pory roku, dzień/noc).
Zatem regularne wykonywanie pewnych czynności, jest naszą naturą.
Rytuały – nawyki – jako regularnie wykonywane praktyki czy działania, są w takim razie częścią naszej natury. Niby nic w tym odkrywczego. Ale łatwiej dzięki temu też zrozumieć, dlaczego tak trudno wyjść z pewnych niekorzystnych dla nas nawyków.
I nie łatwo nauczyć się nowych regularnych działań.
Na wszystko potrzeba czasu, cierpliwości i wytrwałości.
Powtarzalność jest kluczem do rozwoju. 
Znawcy tematu głoszą, że potrzeba co najmniej 21 dni na wyrobienie w sobie nowego nawyku. Myślę jednak, że często jest to kwestią indywidualną. Niektóre działania nie wystarczy praktykować przez 3 tygodnie. Ba, nawet po tych 3 tygodniach niestety, może przyjść moment dużego zwątpienia w celowość danego działania.
Bardzo ważne jest w tym, żeby wytrwać w danym nowym nawyku (czy też zmianie starego),aby znaleźć w sobie prawdziwą wewnętrzną motywację do wyrobienia określonego nawyku.
Nie wystarczy zatem, że ktoś nam powie, że coś jest dobre, modne, czy wartościowe. Że mamy na to jakieś wyniki badań, jakieś „dowody”. To za mało.
To może być oczywiście przyczynkiem do tego, by zacząć to „coś” robić. Ale o tym, czy przyniesie to dla nas realną korzyść, decyduje moim zdaniem, coś innego. To dlatego, uważam, tak wiele diet, tak wiele „zdrowych” metod, wielu osobom po prostu nie pomaga czy nie przynosi korzyści. I to dlatego – będąca według niektórych osób totalną trucizną „chemia”, podawana chorym na raka, wielu osobom jednak ratuje życie i przywraca ich do zdrowia.
Temat ten zahacza o kwestię placebo i nocebo – ale nie tym dziś, tak stricte, chciałam pisać.
Uważam, że aby prawdziwie wytrwać w tworzeniu swoich nowych nawyków – czy wychodzić z sukcesem ze starych trzeba MIEĆ (uświadomić sobie) i CZUĆ – cel tego działania.

Zmiana a nawyk

Wracając do niemowlęcego regularnego jedzenia mleka, to jednak i z tego trochę nawykowego, można rzec działania, kiedyś się wyrasta…
Po co o tym piszę?
Ano dlatego, że przyszło mi na myśl, że jedyną pewną rzeczą w naturze – jest ZMIANA.
I nawet jeśli, przez te dajmy na to 21 dni robimy „coś” regularnie i skrupulatnie, nawet jeśli mamy ten cel i wewnętrzną motywację. To może przyjść taki moment, że dane działanie jednak przestanie być nam potrzebne albo okoliczności w jakich żyjemy sprawią, że będziemy musieli od niego odstąpić.
Teoretycznie dziecko mogło by być karmione nawet do wieku pewnie i 10 lat (a może i dorośli mogliby okazjonalnie spożywać kobiece mleko?), gdyby nie fakt, że kulturowo, w pewnym momencie staje się to nie do przyjęcia.
Poza tym matka to też człowiek i też chce poczuć się bardziej wolna i nie tak eksploatowana (laktacja w końcu w jakimś sensie eksploatuje człowieka). Tak więc dziecko, pomimo nawet odczuwalnej głęboko w sobie potrzeby, może zostać postawione przed faktem oderwania go od regularnego – już wyrobionego w nim – nawyku karmienia i tulenia się do matczynej piersi.
I przychodzi moment na zmianę. Moment na wyrobienie nowego nawyku. Zastąpienie innym – tego starego, którego nie kontynuujemy z uwagi na okoliczności (gdzie jest w tym wolna wola?).
Tak więc, wydaje mi się, że nawet raz wyrobiony, praktykowany przez lata, pewny, wydawało by się, nawyk, może w pewnym momencie okazać się zwyczajnie „nie na miejscu” i trzeba od niego odstąpić. I to jest naturealne, uważam, Nic w tym złego.
W przypadku dziecka, na przykład potrzeba bliskości i połączona z zaspokojeniem głodu, zostaje zastąpiona innymi posiłkami, czekoladą, cukierkiem, chlebem z masłem, dobrym słowem, ciepłym mlekiem od krowy albo danonkiem… Wszystko zależy od okoliczności.

Co buduje naszą motywację?

Potrzeba jest tym co buduje naszą motywację.

Potrzeba jest motywacją też samą w sobie (chęć zaspokojenia potrzeby). To takie oczywiste, ale często o tym zapominamy. W swoich działaniach ludzie często kierują się modą, poleceniem, zaleceniem innych (w tym autorytetów)… A rzadko przyglądają się bardziej swoim rzeczywistym potrzebom.
A to własnie one – ich rozpoznanie, może nas najbardziej zmotywować. Lepiej spojrzeć sobie głęboko w oczy, usiąść ze sobą samym i zapytać się siebie – czego mi brak, czego potrzebuję.

Uważam, że znajdując tę swoją pierwotną potrzebę, jesteśmy w stanie najlepiej się zmotywować do określonego działania.

Na mnie działa też sama potrzeba wykonywania pewnych czynności regularnie. Lubię tę cykliczność. Ona sama w sobie mnie motywuje, ten „porządek” – daje mi po prostu poczucie bezpieczeństwa (zaspokaja tę potrzebę).
Dla przykładu moje poranne ćwiczenia jogi.
Z jogą „znam” się od lat. Nie jest to jakaś zażyłość czy wielka miłość. Po prostu kiedyś zaczęłam ją ćwiczyć, nie wchodząc w obszar duchowości w jodze. Traktowałam ją narzędziowo, jako sposób na bardziej giętkie, rozciągnięte i mocniejsze ciało. Kiedyś ćwiczyłam wieczorami – bo wtedy byłam w stanie zrobić ćwiczenia najbardziej efektywnie dla mnie, najtrudniej ćwiczyło mi się rano. Ale wówczas traktowałam jogę także trochę wyzwaniowo, jako rodzaj treningu. Zdarzało mi się, że przesadziłam z rozciąganiem 🙂
Potem przez lata nie ćwiczyłam jogi, albo robiłam to raz na kilka tygodni lub rzadziej. Nie umiałam w sobie znaleźć motywacji do tego by ją regularnie uprawiać, pomimo wcześniejszej z nią długiej „przygody”. Nie chciałam się ponaciągać (pamięć o kontuzjach i dyskomforcie), trudno mi było być w tym swoistym spokoju przez te kilkadziesiąt minut (odczucie nudy przeważało nad korzyściami z ćwiczeń)…
Ostatnimi miesiącami jednak wróciłam do praktyki jogi.
I to z rana. Na początku było mi ciężko, bo rano moje ciało jest sztywniejsze, zaspane. Poza tym w głowie kłębi mi się wiele myśli i planów co do tego, co zaraz powinnam robić. Nie jest to łatwe dla mnie by zatrzymać się na ten czas ćwiczeń. Ale się udaje. Bowiem ważniejsze dla mnie stało się to, jakie korzyści dla mnie ta poranna praktyka ma przynieść i przynosi.
Zaczęłam od 5 cykli powitań słońca, przez wiele tygodni niemalże zmuszałam się każdego ranka do tego, aby przez 5 minut pomachać rękoma i powyginać ciało, nawet bez rozkładania maty.
Po pewnym czasie działanie to stało się jednak lżejsze do wykonania. Tak jakby zaczęło mi wchodzić w nawyk.
Zaczęłam nawet rozkładać matę. Zaczęłam także odczuwać przyjemność z tego działania. Nie czułam nudy tym razem.
Włączyłam zatem kolejny cykl asan, na poranny rozruch. I zwiększyłam poranną praktykę do około 20 minut.
Po tak wykonanym cyklu ćwiczeń, mam teraz większe poczucie bycia przebudzoną (obudzoną 🙂 ), rozciągniętą i smuklejszą, i to już z rana. To uczucie samo w sobie składa się na mój wachlarz motywacji do wykonywania tych ćwiczeń. A w wachlarzu tym znajduje się też potrzeba uelastycznienia ciała (ostatnie lata miałam mocne bóle powięziowe, byłam i jestem jeszcze nadal – dość spięta, sztywna) i poranna joga – mam poczucie – pomaga mi się rozluźnić i uelastycznić. Potrzebuję teraz też więcej spokojnego działania, koncentracji na sobie, ciele i oddechu i te ćwiczenia mi to dają. Rozbudzają tez we mnie energię do dalszego działania.
To są moje główne motywacje do ćwiczenia jogi. I one były najpierw – potem wybrałam metodę (ruch).
Być może w innych okolicznościach i w innym ciele, wybrałabym na przykład poranny spacer czy bieganie, albo pływanie.
Generalnie chodzi mi o to, że nie joga była pierwsza (i potrzeba ćwiczenia jogi) – tylko potrzeba uelastycznienia ciała, a joga stała się narzędziem.
I wiecie co, mam poczucie, że nie wiem czy ja już całe życie i na zawsze będę tę jogę praktykować. Szczerze – wątpię w to, bo być może kiedyś wybiorę własnie ten poranny spacer. Ale dla mnie najważniejsze jest to, że odkryłam i wczułam się w swoją potrzebę i idąc za nią, wybrałam określone działanie – które staje się moim nawykiem (jak nie poćwiczę to odczuwam brak i dyskomfort). Wiem, że ten nawyk może nie być wiecznym, że może kiedyś zostać zastąpiony innym, daj boże – równie pozytywnym w skutkach 🙂

Siła złego nawyku

Bo niestety siła nawyku jest też taka, że może on nas prowadzić na manowce. Czasem dlatego, że nie zaczynamy od potrzeby – tylko od działania. Czyli wybieramy jogę (bo jest modna, bo ja polecają, bo warto, bo zaleca ktoś dla nas ważny). a nie bazujemy na naszej prawdziwej wewnętrznej potrzebie.
Ale czasem zdarza się też tak, że wybieramy działanie nie do końca świadomie (może intuicja i instynkt biorą tutaj górę) i staje się to korzystnym dla nas nawykiem.
Czasem dzieję się też tak, że tkwimy w destrukcyjnych nawykach – bo nie potrafimy sobie poradzić z zaspokojeniem tej kluczowej dla tego nawyku (działania) potrzeby.
I tak na przykład objadamy się kompulsywnie dlatego, bo potrzebujemy bliskości, uznania, bo jedzenie kojarzy nam się z bezpieczeństwem i miłością, a nie dlatego, że jesteśmy głodni. Głód jest jakby wtórnym czynnikiem i może się podczepić pod nasz nawyk (podświadomą tutaj próbę zaspokojenia potrzeby).
Uważam, że organizm ludzki – ciało i psyche, działają zawsze z korzyścią dla nas.
Każdy sygnał wówczas, że mam ochotę na pyszne słodycze – to nie jest tylko jest sygnał od ciała (i głowy), że mam ochotę na energię, ale przede wszystkim w takiej sytuacji – to sygnał, że doskwiera nam brak miłości, smutek, poczucie niskiej wartości itd. To oczywiście duże uproszczenie – ale chodzi mi o wskazanie pewnej prawidłowości, którą każdy w sobie winien odnaleźć.
Ja dla przykładu – rzucam się na jedzenie i jem szybko, gdy czuję lęk, gdy moje poczucie bezpieczeństwa słabnie. I nie ważne jest, wówczas, że jestem najedzona, że właśnie zjadłam porządny obiad…
Głód emocjonalny nie przelicza się na kalorie.
Ja to już widzę u siebie z boku, zauważam, obserwuję i jestem tego świadoma. Nie jest to intensywne i częste, ale zdarza się, że miast usiąść i zjeść spokojnie posiłek, jem w pośpiechu na stojącego co popadnie, dużo więcej niż potrzebuję, prowadząc w tym czasie intensywny dialog wewnętrzny…
Uświadomienie sobie tego sprawia, że zdarza mi się to zdecydowanie rzadziej i potrafię się zatrzymać. Po to jest świadomość właśnie. I umiejętność kontrolowania sytuacji. Zdrowa umiejętność kontroli (nie nadmierna) jest bardzo pożądaną dla naszego szczęścia, cechą.
Analogicznie sytuacja ma się w przypadku używek, każdej „reksji” (orto, ano itd). Śmie twierdzić, że prawidłowość ta dotyczy także popadania w różne ideologie, zwłaszcza te skrajne.
Za każdym naszym działaniem stoi potrzeba i sęk w tym, by tę potrzebę rozpoznać.
Po to Bozia dała nam rozum 🙂
Dlatego uważam, że nawyki są też po to by je zmieniać czy kształtować.
Uważam też, że człowiek jest mistrzem adaptacji. Człowiek to genialny twór natury (nie on jedyny oczywiście), który potrafi się genialne adaptować. Ale potrafi też genialnie się unicestwiać, myślę, że własnie wtedy także, gdy nie potrafi rozpoznać swych potrzeb i popada w druzgocące nawyki.
Innym pozytywnym w skutkach nawykiem stało się dla mnie pisanie porannych stron „dziennika”.

Nie jest to typowy dziennik, w którym pisze się wedle jakiegoś schematu. Nie jest to dziennik, który ma się potem z założenia czytać. Przeznaczony jest raczej do spalenia czy wyrzucenia.
To są po prostu spisywane myśli, luźno i tak jak lecą przez świadomość, bez cenzury. Choć z uważną obserwacją.
Codziennie 3 strony – czasem aż, a czasem tylko… To jest działanie dla mnie, które pozwala mi z rana wypluć z siebie niejako, to co ma się z głowy wydalić. Takie trochę robienie kupy – ale nie z pupy, tylko z głowy 🙂
Raz ta kupa bardziej śmierdzi i dużo w niej tzw. negatywnych emocji, a innym razem pachnie kwiatkami, zieje miłością i wdzięcznością.
Życie to ciągła sinusoida, a to działanie pozwala mi się w tym życiu osadzić.
I tak samo jak z jogą, nie wiem czy ten już – mogłabym rzecz – mój nawyk (bo robię tu już wiele tygodni) będę robić do końca życia i o jeden dzień dłużej. Ale teraz to robię, bo mam potrzebę wyrzygania porannych myśli, by nie pluć nimi potem na innych w ciągu dnia.
Ja akurat mam naturę „analizatora” – więc mi takie działanie – widzę, że pomaga.
Może dla kogoś innego podobną funkcję będzie pełnić poranna modlitwa do Boga czy Anioła Stróża, inna forma medytacji albo rozmyślania, czy pogadanka ze sobą samym podczas porannego spaceru…  A może poranna kawa i rozmowa z kimś bliskim? Każdy może sobie, znaleźć swoje, najbardziej efektywne dla niego, narzędzie.

Inne moje nawyki

 Od tygodni praktykuję też „dziękczynność”.

Jako dziecko żarliwie się modliłam – najpierw rano i wieczorem, potem tylko wieczorem. Pacierz był moim nawykiem, był czymś co mnie osadzało w nadziei, co dawało mi swoistą siłę i umacniało w wierze, że będzie dobrze. To był mój taki sposób na okazanie zaufania do życia, tak sądzę po latach. Lubiłam modlitwę do Anioła Stróża, zawsze wyobrażałam go sobie jako piękną postać z wielkimi skrzydłami 🙂 Potrzebowałam takiego stróża…
Potem na lata odeszłam od tego, odeszłam od kościoła, od wiary w Boga, odeszłam od modlitwy i zawierzania życia Komuś – Czemuś – odeszłam od Zaufania do życia.
Dziś, z perspektywy czasu twierdzę, że były to lata, w których dominował u mnie lęk, swoisty bezruch, to były ciężkie lata walki ze sobą o siebie.

Nawyk zaufania i wiary?

Dziś na nowo odnajduję się w zaufaniu do życia. Nie potrafię już wierzyć w takiego Boga, w jakiego wierzyłam jako dziecko (tutaj dziękuję moim Rodzicom, że wychowali mnie w takiej wierze w jakiej wychowali), ale nie potrafię być też ateistką czy agnostyczką. Jestem na etapie wiary w Boga swojego/naszego 😉 ale jestem też na etapie budowania zaufania do życia, na nowo.

Często modlę się do tego swojego Boga, a dziękczynienie – które aktualnie robię sobie też w postaci spisywanych i wrzucanych do słoika karteczek. Pomaga mi to dostrzec i mocniej poczuć obfitość życia, której doświadczam.
I pomaga mi odnaleźć się w sytuacjach lęku i zwątpienia. I tutaj znów zahaczam o nawyk…
Czy wiara jest nawykiem… Można by tu filozofować.
Wiara jest na pewno, według mnie, częścią ludzkiej natury. Nawet dziś z rana mieliśmy z Jakubem dyskusję na ten temat 🙂 Ludzie, którzy twierdzą, że nie wierzą w boga, wierzą w coś zawsze, chociażby w to, że można udowodnić, że tego boga nie ma. Albo wierzą w inne koncepcje, które czy na pewno są zawsze wytłumaczalne i namacalne?
Ja już nie bronię się w sobie przed tym, że wiara (w Boga jakiegoś) jest rzeczą ludzką.
Uważam, że jest nam ludziom potrzebna, jak powietrze. Że ludzki umysł po coś tworzy ideologie, religie, koncepcje filozoficzne. Jest to forma adaptacji do życia, jest to narzędzie zaspokajania potrzeb (pewnie wielu).
Mi aktualnie pomaga oddanie części odpowiedzialności nieznanej i nie pojętej dla mnie „sile”.
Może nie tyle do końca odpowiedzialności (choć też), ale przede wszystkim poczucia kontroli…
Uczy mnie to pokory. Uczę się i życie daje mi ku temu mnóstwo sposobności (które auć, bolą!….), że nie jestem w stanie mieć nad wszystkim, co mnie otacza, kontroli. Że nie jestem w stanie mieć kontroli w pełni nad sobą…
Kłóci mi się to jeszcze z koncepcjami, że „możesz być kim tylko chcesz być w życiu” ;), w które wielu wierzy. Ale to, że się to ze mną we mnie kłóci – pokazuje mi tylko,iż potrzeba kontroli jest we mnie jeszcze mocna i dominująca.

Obfitość

A wiem, jak zaufanie do życia – potrafi obdarzyć obficie.
Doświadczyłam tego już w dorosłym życiu i tęsknię za tym poczuciem „oddania kontroli” i zaufaniem Życiu. Czas, w którym czułam „motyle w brzuchu” do życia, był czasem cudownych chwil i zmian. Być może był momentami trochę zwariowany 😉 , tak podpowiada mi teraz umysł, ale był też bardzo obfity. Na pewno bardziej o stokroć, niż czas,w  którym dominującym uczuciem był lęk.
Teraz szukam równowagi…
Zatem prowadzę „słoik” dziękczynienia – czy też wdzięczności 🙂
Każdego dnia piszę na małej kartce jedną rzecz, za którą jestem wdzięczna.
Rzecz, stan, sytuację, ludzi. Cokolwiek to jest.
Ja akurat nie prowadzę listy 5 czy 10 rzeczy. Wymieniam jedną i dłużej o niej myślę, zatrzymuję się przy tym, by to poczuć. A nie tylko wypisać mechanicznie.
A słoik prowadzę celowo, bo mam zamysł, by kiedyś w potrzebie, do tych kartek ewentualnie zajrzeć, a może nawet obkleję nimi kiedyś jakąś ścianę – zrobię sobie ołtarzyk w domu 🙂 Albo w mojej pracowni.

Co mnie jeszcze motywuje

Motywować pomaga mi się też Obraz – w moim wypadku jest to obraz wyszyty przez moją babcię Stasię, który przedstawia urocze siedlisko w górach …

Ten obraz wisi na przeciwko mojego miejsca pracy i często na niego patrzę. Wówczas włącza mi się moje marzenie, jak pragnę żyć i co pragnę robić w życiu.
Ale dla Ciebie to nie musi być obraz, to może być „mapa marzeń”, kolaż na temat swoich marzeń czy celów – wykonany np. techniką wyklejania, to może być rysunek, zdjęcie, szkic.
To może być także piękna Natulanka, którą można sobie trzymać na biurku czy powiesić na tablicy albo przypiąć do torebki.

Każda rzecz, która ma przypisaną do siebie jakąś treść – będzie spełniać rolę swoistego amuletu, przypominajki.
Czy to wykonana przez nas samych, czy tez przez kogoś innego.
I tutaj znów pojawia się kwestia wiary… wiary w swoje marzenia, wyobrażenia o życiu i o swoich możliwościach.
Ja lubię obrazy, więc mam obraz. Ostatnio kupiłam podobrazie, na którym namaluję swoje marzenie… Mam taką potrzebę. I takie działanie też jest samo w sobie motywujące. Zobrazowanie własnych potrzeb… Ale czasem wystarczy podzielić się swoim marzeniem z kimś bliskim albo dalszym – na przykład na Blogu 🙂
 
Pisanie Bloga i tworzenie dla innych – samo w sobie też mnie motywuje, zwłaszcza, jak odbiór moich dzieł jest pozytywny.
Potrzeba robienia czegoś dla innych, jest za pewne częścią zaspokojenia potrzeby afiliacji, tak naturalnej nam ludziom, istotom społecznym. Tak więc, jak mam od Moich Czytelników czy Fanów pozytywny feedback (to także konstruktywna krytyka), jestem zmotywowana bardziej by coś dalej tworzyć. I robię to wtedy i dla siebie i dla nich.
To jest też cudowne uczucie, wiedząc, że robiąc coś dla siebie robisz coś cudownego la innych.
I przyznaję, że kiedy są chwile, że nie mam feedbacku pozytywnego, moja motywacja do działania na rzecz innych maleje.
Jako mała dziewczynka, pamiętam, że byłam dość uporządkowana.
To mi pomagało opanować lęk i strach. Lubiłam robić porządek wokół siebie, lubiłam mieć poukładane rzeczy w swoim biurku, potem pokoju, potem domu – rodzice mieli ze mnie chyba pociechę, bo regularnie sprzątałam… Wiem jednak dziś, że robiłam to dla siebie, w dużej mierze.
Dziś mam problem z twórczością – kreatywnością, gdy wokół jest rozgardiasz, bród czy bałagan.
Może nie jestem typem artystki, która tworzy gdy wokół jest tzw. twórczy chaos.
Ja lubię porządek i on mnie motywuje do działania. Może to kwestia ilości bodźców, nieporządek kojarzy mi się z ich wielością – zatem więcej jest wokół rozpraszaczy, które odciągają mnie od procesu twórczego.
Czuję, ponadto (o czym wspominałam na początku) że regularność – cykliczność pewnych działań, jest mi potrzebna. Dostrzegam jej wagę – zwłaszcza gdy tej regularności brakuje.
Mam poczucie, że cyklicznie wykonywane czynności – takie jak wymieniłam wyżej, ale także takie jak poranna kawa czy herbata, umycie twarzy zimną wodą, umycie zębów, poranny spacer, wypicie wody – to są czynności, które osadzają nas – ludzi – w teraźniejszości, w tym co jest teraz.
Pomagają odciąć się od lęków, od fantazjowania, od smutku czy od euforii – generalnie od skrajnych uczuć.
Które postrzegam jako zagrażające homeostazie, gdy są zbyt częste i zbyt intensywne (nie ruguję ich z życia, ale uważam, że co za dużo – to nie zdrowo).
Lubię planować sobie cele, działania, kolejny dzień, dany dzień – zapisywanie tego, sama czynność planowania – też mnie motywuje do działania.
Praktykuję też monitorowanie tych działań. Pomaga mi w tym mój planer, w którym mam już gotowe strony pod takie wpisy. Ale można podobne zrobić sobie samemu w innym planerze.
Zapisanie i zobaczenie – przeczytanie, monitowanie, pomaga opanować nawyki lenistwa i odwlekania rzeczy na później.
Pomaga zmierzyć się ze wspomnianym wyżej dyskomfortem i kryjącym się pod nim lękiem.
Pomaga dotrzeć do tej przyjemności, która się pod nim kryje. Bo czyż już przyjemnością nie jest samo odhaczenie danego działania w planerze i świadomość, że zrobiło się coś, co się sobie wyznaczyło 🙂 ?
Człowiek ma w naturze rywalizację, bo ta pcha go do rozwoju nieustannie.
I kluczowe jest by tę skłonność do rywalizacji odpowiednio w sobie „wychować”, by nie iść po trupach (swoim czy innych), ale by patrzeć „do przodu” i chcieć więcej (niż ja sama chciałam wczoraj, niż chcą inni) – choć nie za wszelką cenę. Znów kłania się kwestia równowagi…
Motywuje mnie też swoista potrzeba bycia w harmonii, homeostazie – i tej wewnętrznej i z otaczającą „Zewnętrznością”.
Nie wabi mnie aż tak bardzo skrajna emocja euforii czy dołowanie się, czuje w tym silną energię destrukcji.
Od jakiegoś czasu mocno ciągnie mnie do stanu równowagi i przejawia się to na wielu poziomach mojego życia. Także w tak przyziemnych sprawach, jak dieta czy pielęgnacja skóry 🙂

Dlaczego dążę do równowagi?

W sumie do końca nie wiem…
Wydaje mi się ona być stanem pożądanym, przy czym nie oznacza oczywiście stagnacji.
Dla mnie równowaga to ta sinusoida życia, o której wspomniałam – „raz na wozie raz pod wozem”, ale przy zachowaniu swoistego spokoju (nie mylić z wymuszonym hamowaniem emocji i ich tłumieniem).
Równowaga to zaufanie, że życie toczy się swoim torem, że jestem jak trawa na wietrze – bujam się w różne strony wraz z nim, ale siedzę korzeniami w ziemi.
Wiecie, ostatnio wykopując trawę w ogródku, uświadomiłam sobie, jak ciekawa jest to roślina.
Trawa tworzy według mnie system powiązanych ze sobą traw, taki swoisty organizm. Nie ma tam pojedynczego źdźbła, każde nie dość, że siedzi korzeniami w ziemi, to jeszcze powiązane jest z innymi „trawami” tego samego gatunku (na jakimś oczywiście obszarze). Co więcej, między trawami rosną przecież inne rośliny – inne gatunki, w jakiejś takiej naturalnej harmonii. Choć trawa bywa, że dominuje, jeśli otoczenie jej sprzyja.
I niby tak hula na tym wietrze, niby mu się raz opiera, innym razem nie (zależy od siły wiatru też), ale siedzi w ziemi… Powiązana z innymi… Daje nasiona – rozsiewa się… Daje innym gatunkom energię z siebie (tj. stanowi np. dla nich pokarm)…
Inaczej teraz patrzę na to słynne stwierdzenie Blaise Pascal’a: „człowiek jest trzciną najsłabszą na wietrze, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą”.

Czy myślenie tak bardzo odróżnia nas od innych istot…?

A może tylko wiele utrudnia? A może jest darem nad darami? A może ta trawa nie jest jednak taka słaba?

A może własnie to jest ta homeostaza?
Dać się poruszać wiatrowi, ale być uziemionym (zakorzenionym)… ?
Raz znosić deszcz, raz palące słońce. Raz dać się zjeść (dać komuś coś z siebie), raz przyjąć nawóz (nie wiem co tak do końca na to trawa, że krowa sra jej na głowę, ale to tylko moja ludzka perspektywa), raz dać się zerwać, skosić człowiekowi i wyrwać z korzeniami, innym razem dać się pielęgnować i nawadniać temu samemu człowiekowi…

Życie to wieczna sinusoida… I chyba najbardziej motywującą człowieka do działania potrzebą jest dążenie do komfortu – przyjemności.

Bo nawet pod dyskomfortem przecież chowa się ostatecznie przyjemność – czy to realna czy też ta, w którą się tylko wierzy (zbawienie, inkarnacja w lepszym wcieleniu itd…)…
I może własnie o tym warto pamiętać, że pod dyskomfortem kryje się przyjemność oraz o tym, że dyskomfort jest często tylko sobie przez nas, wyobrażony, albo przekoloryzowany.
Dobór narzędzi i nawyków – jest według mnie już kwestią wtórną.
Są przecież ludzie, którzy odnoszą sukcesy i wstają o 5.30, ale też i tacy – którzy śpią do 9 i też są szczęśliwi.
Sukces jest kwestią indywidualną, bo prawdziwy sukces, tak jak nawyk, wypływa z naszych potrzeb. A u każdego dana potrzeba może być zaspokajana w trochę inny sposób, z innym natężeniem działań.

Książki, ludzie, filmy …

Motywują mnie też pewne książki – z półki psychologicznej głównie, niektóre biografie, ale też książki z którymi się pracuje 🙂 Dla przykładu – do robienia własnego Zielnika zmotywował mnie zakup książki „Zrób ten Zielnik” Łukasza Skopa.
A w ciągłej pracy ze sobą, swoimi nawykami, przekonaniami, skutecznie pomaga mi ostatnio książką „Droga Artysty” Juli Cameron.
Motywują mnie też wypowiedzi – wykłady, mowy czy nagrania – innych ludzi.
Ania Sośnierz – prywatnie też moja przyjazna Dusza – jej przekaz, od lat pomaga mi w trudnych i mniej trudnych chwilach. Ewelinka Stępnicka z Oceanu Świadomości, Sylwia Kocoń.
Słucham czy oglądam nie tylko typowych couchów czy trenerów osobistych – choć także, ale także ludzi, którzy robią w życiu coś co czują, że chcą robić z wewnętrznej potrzeby – np. Kasia Gandor. Ostatnio motywuje mnie też Sylwia z kanału Na Chemii czy Pani Ewa z pobliskiego bazarku, z którą łączą mnie zainteresowania podobnym stylem mody i zamiłowanie do rękodzieła.

Zatem co głównie robię by się zmotywować – wczuwam i wsłuchuje się w Siebie i pamiętam, że często pod wyobrażonym lub chwilowym realnym dyskomfortem, czai się przyjemność.

Jednocześnie staram się unikać sytuacji, które ewidentnie wiem, że mi szkodzą – choć innym mogą służyć.
Wychodzę też z założenia, że nic nie jest pewne na 100% i na zawsze.
Można uparcie trwać przy jakimś nawyku, odczuwać dyskomfort – ale gdy przyświeca nam nad tym wyższy cel, będziemy trwać w tym częstym dyskomforcie (mnisi pewnie mogą się tutaj wypowiedzieć) nawet do tego stopnia, że zmienimy definicję dyskomfortu… I może czasem też o to chodzi, bo nawykiem jest też tkwienie w błędnym dla siebie przekonaniu…
Często warto czegoś spróbować dłużej, przełamując dyskomfort, a potem od tego odstąpić i zobaczyć jak się czujemy w danej chwili. Jakie emocje się pojawiają. Zmiana otoczenia, sytuacji, działania – nawet czasowa, pozwala dostrzec przecież dotychczasowy stan z innej perspektywy.
I tak, ja np. gdy nie wstanę wcześniej, a pośpię dłużej, odczuwam potem w ciągu dnia wiele negatywnych dla siebie aspektów tego późniejszego wstania. Jestem rozlazła, dzień mi się rozjeżdża, nie zrobię kilku innych rzeczy z rana, na których mi zależy, jestem opuchnięta. I ta świadomość „co tracę” w tej sytuacji motywuje mnie do tego, by następnego dnia jednak wstać wcześniej 🙂

 

Nigdy nie mów nigdy…

 Poza tym staram się żyć w zgodzie ze stwierdzeniem „Nigdy nie mów nigdy” – co otwiera mnie na życie i na ludzi bardziej, a ostatnio uczy też większego doń zaufania… I pomaga mi także być w życiu bardziej i częściej spontaniczną, a nie ciągle zaplanowaną i uporządkowaną, tak jak lubię 🙂
Nie zawsze oczywiście wchodzę w coś nowego od razu, czasem potrzebuję by ktoś bliski mnie namówił. Jestem odważna, ale czasem zbyt przezorna…

 

Kochaj siebie zawsze…

Motywuje mnie jednak najbardziej chyba świadomość tego, że mam prawo czuć się wartościową i kochaną.
Podejście do siebie z miłością i akceptacją (jedno zawiera się w  drugiem według mnie w sumie) to klucz do tego by się rozwijać.
Mówienie sobie, że KOCHAM SIEBIE ZAWSZE (dziękuję Ewelinko <3  ) nie oznacza stagnacji, snobizmu, pychy i egotyzmu.
Gdy zrozumiałam, że tylko akceptacja (nie mylić z tolerancją) siebie (i innych) daje prawdziwy rozwój, poczułam to dogłębnie i przestałam się w końcu „naprawiać” i działać z pozycji lęku.
Zaczęłam poznawać siebie bardziej i uczciwej oraz dawać sobie szansę na bycie lepszą dla siebie i innych. Bo warto stawać się lepszą niż jestem w danej chwili, warto się rozwijać. I można – w szerokim zakresie. Jak poznasz siebie to poznasz też swój zakres rozwoju. Wiadomo, że mając 152 cm wzrostu nie koniecznie zostaniesz modelką na wybiegach, ale można np prezentować i dyktować innym modę na internetowym kanale na YT.
Dzisiejszy świat daje nam ogromne możliwości rozwoju, dostępu do wiedzy i narzędzi.
Warto tylko pamiętać by nie chcieć zostać kimś innym – a inspirując się innymi, stawać się sobą w pełni. Brzmi to może górnolotnie i new agowo 😉 ale w istocie to prosta sprawa.
Warto robić coś co robią inni – ale robić to po swojemu 🙂
Akceptacja siebie nie zatrzymuje mnie w nierozumnej euforii i wywyższaniu się, jak można to też opacznie rozumieć. Uczy mnie natomiast pokory i stawiania sobie wyzwań i celów ku dalszemu rozwojowi.
Teraz nie muszę się naprawiać, co nie oznacza, że mam tkwić w destrukcyjnych zachowaniach.
Oddzielam też trochę niejako, moje zachowania ode mnie samej jakby, od istoty Mnie.
Pomaga mi w tym wiara w to, że człowiek nie jest tylko ciałem.
Przekonania, nawyki, działania – można zmieniać, można kształtować, można tworzyć i warto to robić.
Ale nie warto się biczować i karcić za niepowodzenia doświadczane po drodze.
Czyż jest ktoś na ziemi z ludzi kto nie chciałby być kochany… ?

Prawdziwa miłość motywuje najbardziej do działania, do rozwoju.

Więc warto dać ją sobie od siebie – najpierw, a potem dzielić się nią z innymi….
I takiej miłości Wam serdecznie życzę.

I właśnie wtedy kiedy czuję, że mi się nie chce. To powrót do siebie, chwila utulenia siebie w tym niechceniu, akceptacja dla tego, że może mi się nie chcieć, sprawia, że zaczyna mi się chcieć 🙂

Zaczynam wówczas czuć w sobie jakąś moc, siłę, która pcha mnie ku temu co czuję, że powinnam zrobić.

I nie zawsze musi to być zaraz tworzenie Natulaka, nowej receptury kremu czy perfum. Często to jest kreacja w kuchni – piekę ciasto albo robię jakiś posiłek, bywa, że jest tym spacer albo trening, albo siadam i czytam lub oglądam – zwykle coś, co mnie motywuje do tego, by za długo nie zatapiać się w stanie „nie chce mi się” czy „nie umiem”.

Działanie samo w sobie mnie motywuje także 🙂

Nawet dziś, kiedy siadając rano do kompa stwierdziłam, że nic mi się nie chce, przyszedł moment, że zaczęłam pisać ten post i na ten dzień stał się on moją kreacją 🙂

 Dziękuję 🙂

Śledź NATULE w social media:

Zawarte na stronie treści to efekt moich doświadczeń, zdobytej wiedzy oraz własne refleksje na dany temat. Cenie sobie naturalne rozwiązania i je promuję. Ale decyzje w kwestii swojego zdrowia każdy podejmuje na własną odpowiedzialność. Dziękuję, ze tu zaglądasz 🙂 Pozdrawiam naturalnie. Asia