Smutek, zwątpienie, żal – bez nich nie ma miłości?

1 listopada. Dzień znamienny. Ja dziś nie odwiedzam grobów swoich bliskich. Nie jadę w swoje rodzinne strony. Jutro idę do pracy, dziś odpoczywam po ciężkich dniach.
I przeżywam smutek.

Śmierć, zwana przez niektórych ukoronowaniem życia, jest dla mnie aktem swoistego przejścia, który w wielu ludziach budzi co najmniej – niepokój. We mnie także. Był czas, że wydawało mi się, że nie boję się śmierci.
Myliłam się.

Pokazał mi to strach przed życiem, którego doświadczyłam.

Po śmierci bliskich zdrowym stanem jest żałoba – pogrążenie się w smutku, żalu, płaczu, lamencie. Na jakiś czas.
Po przeżytej żałobie przychodzi normalnie – radość.

Ja nie znam uczucia czym jest głęboki żal po śmierci. Żałuję. W moim domu śmierć jawiła się jako temat tabu – realna śmierć i żałoba, którą winna być śmierć okalana.

Im bardziej bagatelizujemy śmierć (w tym także rozpad – związków, rodziny, śmierć zwierząt domowych, przyjaciół) i chorobę, tym bardziej będą się „one” w życiu nam przypominać, by je należycie przeżyć.

Im mniej żałoby – tym więcej nieuświadomionego smutku w życiu i gniewu, a przez to choroby i bólu fizycznego.
Te nieprzeżyte, a do tego nie wyrażone na zewnątrz, emocje będą z czasem drążyć nasze ciało w postaci rożnych chorób, niedomagań, bóli „niewiadomego” pochodzenia.

Energia domaga się uwodnienia. Jestem pewna, że każda choroba ma swą praprzyczynę w sferze psychicznej (emocjonalno-duchowej). Nie każdy jest jednak chętny i gotów na to, by do tej przyczyny docierać. Dlatego nasz umysł szuka w środowisku życia i wymyśla inne drogi – leki, terapie ruchowe, diety, naturalne zioła, homeopatię, placebo, masaże, akupunkturę – które częściowo – mniej lub bardziej, na dłużej lub na krócej – mogą nawet i oczywiście pomóc. Jest to względne, na jak długo i z jaką mocą.

Doszłam w życiu do momentu, że nie szukam już rozwiązań bezpośrednich na zewnątrz, co nie znaczy, że nie dostrzegam, że element środowiska może być pomocny w procesie zdrowienia. Nie upatruję w nich jednak czynnika głównego. Ale jest we mnie jeszcze sporo wiary w to, że te czynniki nie są bez znaczenia, dlatego pomocniczo jednak po nie sięgam.

Badam siebie i uczę się akceptacji dla siebie, nie patrząc na siebie jak na problem i przyczynę. Koryguję niektóre swoje zachowania.
Ale to na co pozwalam sobie najwięcej i co daje mi prawdziwe uzdrowienie w ciele – to uczenie się wyrażania emocji.
Czasem czuję się jak 3 czy 5 letnie dziecko w gąszczu. Dziecko, które dużo dostrzega, dużo przeżywa, dużo doświadcza, nic nie zna i nie wie jak coś nazwać, dziecko które uczy się wyrażać…

Ostatnio jawi się mocno w moim życiu nieświadomie ukrywany przez lata, deptany nieświadomą maską uśmiechu i radości, smutek.
Smutek i żal oraz złość, których nie tyle przyczyna jest tak ważna, co fakt, że nieświadomie przez lwią cześć życia, ów emocje w sobie skrywałam.
Kibicowało mi w tym środowisko wzrastania, które nie dawało mi bezpiecznej przestrzeni na wyrażanie smutku, żalu i złości.
…. „Bądź dzielna, uśmiechnij się, nie smuć się, co się złościsz, ładnie wyglądasz jak się uśmiechasz, jesteś taka posępna, brzydka jesteś jak się smucisz”, smucenie się w samotności, karanie za złość – to co pamiętam z dzieciństwa i to nauczyło mnie być twardą, odważną, ale i cyniczną i oddzieloną od miłości.
Nauczyłam się chować te emocje w sobie i już jako dorosła osoba, nie miałam pojęcia, że to robię.
Upchane w powięzi i mięśnie, głęboko w miednicy ukryte, przez lata wychodziły małymi strumyczkami albo impulsami w postaci różnych schorzeń w ciele, na skórze.
Teraz też wychodzą – ale już nie w postaci somatycznej, ale werbalnie  i gestem wyrażone, wychodzą ostatnio ze mnie, na szczęście dla mnie. Tak bardzo widzę, jak moje ciało dzięki temu prawdziwemu wyrażaniu emocji zyskuje. Zaczęłam to odkrywać od czasu operacji, gdy zaraz po wybudzeniu mnie ze znieczulenia, moje ciało włączyło nieświadome mechanizmy uwalniania traumy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co się dzieje. Ale dziękuję ciału, że to się wydarzyło. Ciało poprowadziło mnie do odkryć, prowadzi mnie nadal do zrozumienia i do miłości.

Żyję wśród kobiet, które postrzegam jako te, które ciągłe o coś walczą, ciągłe z kimś walczą, wciąż zmagają się z problemami, są dzielne, odważne, silne, dźwigają dziesiątki realnych ciężarów (czytaj także – spraw innych, ale i swoich), są swoistymi heroicznymi męczennicami, ale ofiarami swoich własnych decyzji.
Ich heroiczne czyny są społecznie nagradzane, potrzeba bezpieczeństwa pcha je ku poświęceniom siebie, ku zamazywanemu szybko zaradnością i odwagą, smutku. Tak ja to widzę.
Strach i lęk przed zmianą i nowym paraliżuje i każe stać w „życiowym gównie”.

Ja też jeszcze tak często działam.

Nie bez przyczyny otaczają mnie takie kobiety. Widzę w nich siebie tak bardzo, że wzbiera się we mnie złość. To jest piękne, ale i straszne zarazem. Bo choć złość jest emocją bardzo twórczą w swym oddziaływaniu, to jednak „przechodzona” jak grypa, potrafi zakazić sąsiednie organy i bardzo osłabić. Po drodze zahacza o niewyrażony smutek (no bo przecież jak można się smucić jak jest tak dobrze, a mogłoby być gorzej…) i tak ciało tworzy guzy, ropnie, bóle kręgosłupa, migreny, mikrourazy, alergie, egzemy, czy inne utrudniające życie schorzenia, które mobilizują do dalszej walki i jeszcze bardziej podkręcają spiralę działań, trzymających w życiowych gównie. Koło się zamyka.

Wiele lat temu przerwałam w sowim życiu takie koło. Ale nie walką tylko odpuszczeniem.
Na jednej szali było wszystko co „posiadałam” – materialne dobra, ułuda bezpieczeństwa, dom, praca, osiągnięcia, bliskość rodziny.
Na drugiej nadzieja, wiara i zaufanie do życia.
Wybrałam tę drugą szalę. I bardzo dużo zyskałam dzięki tej decyzji na wiele lat. Do dziś ciesze się z niej.
Ale, że nieprzepracowane emocje mają to do siebie, że nie rozpływają się w eterze…. Pewne schematy działania zaczęły się same, niepostrzeżenie na nowo, po kilku latach we mnie włączać. Zaczęły się odzywać same, nieproszone, nieświadomie. Choć wiem, że bardzo potrzebnie.

Doświadczyłam czym jest być w stanie „nieposiadania” i pełnego zaufania do życia. To był piękny stan, za którym tęsknię. Motyle w brzuchu, nie tylko na widok Ukochanego człowieka. Stan do którego uczę się wracać. Jestem wdzięczna za to, że po latach życia w lęku potrafiłam choć na jakiś czas dość głęboko doświadczyć tego błogiego stanu miłości do życia.
Teraz dzięki temu wiem, do czego w życiu warto dążyć. I choć droga nie jest usłana bezkolcowymi różami, idę.
Ale coraz mocniej czuję, że żeby dotrzeć na nowo do tego stanu – muszę na te kolce upaść całym dupą 🙂 I wierzę, że jak tak na tych kolczastych różach poleżę, to zacznę czuć zapach różanych płatków i wtedy wstanę w miłości i zaufaniu.

Mawiają by się odbić trzeba sięgnąć dna…

Sama wiele tej miłości, której doświadczyłam w pełni w tamtym okresie, daję – jest nią moja Kreacja Natulowa.
I ona trzyma mnie przy zaufaniu do życia, także dzięki Ludziom, którzy ów Kreację doceniają. Bo nadal tak ważna jest we mnie potrzeba bycia potrzebną…i docenioną, zwłaszcza, przez tych, którzy tej Kreacji nie chcą z jakichś powodów docenić.
Dziękuję Wam za to, że macie w swoim życiu przestrzeń na moją Twórczość.
To jest sens mojego życia.
Jak wielu artystów tego nie doświadczyło za życia. Uznania i miłości…

A ja mam tyle ekstra pomysłów, tyle planów, tyle kreacji w sobie. Modlę się tylko o energię do działania.

Uczę się kapitulacji. Uczę się opuszczać(podnosić ale nie w akcie działania) ręce w akcie bezradności.
Uczę się pływać w bezruchu, bo przecież nasze ciało potrafi się utrzymać na wodzie… Wystarczy tylko oddychać.
Ja nie umiem pływać – gdy kładę się we wodzie ogrania mnie panika i strach, mój oddech się skraca i zatrzymuje. Tonę.
Nie nauczył mnie nikt pływać w dzieciństwie. Nie miałam nauczyciela, który miałby w sobie cierpliwość by pomóc mi przełamać ten strach. I tak dryfuję do dziś trzymając się deski… I czasem z tą deską nawet potrafię popłynąć kawał drogi, i do jakiegoś celu. Ale czuję, że potrafię nauczyć się sama płynąć bez deski gdy trzeba. Koło ratunkowe ktoś może zawsze rzucić z boku… Podać dłoń, deskę, wziąć na tratwę. Byle tylko dopuszczać w sobie to, że można przyjąć te dary od innych.

Upadek wcale nie oznacza klęski. Utarło się postrzegać upadek i poddanie się jako totalną klęskę.
A przecież dziecko gdy uczy się chodzić upada dziesiątki razy. I każdy rodzić wie, że nie można go za ów upadek karcić. Dziecko same z siebie wstaje i rusza dalej. Czasem siedzi chwilę i płacze, smuci się albo złości. Ale potem wstaje. I w pewnym momencie to wspieranie rodzica się kończy. Środowisko włącza w dziecku poczucie wstydu, karę za złość, negację smutku i pochwałę ciągłej nienaturalnej radości.

Odpuszczenie jest czasem czymś niezbędnym do tego by pójść prawdziwie do przodu, by nie powalić się znów o ten sam kamień na drodze, by nie zataczać koła. Zrozumiałam to dopiero niedawno, że czasem po prostu trzeba odpuścić. Że trzeba zaufać, że trzeba niekiedy puścić kontrolę – bo nadmierna próba panowania nad życiem (ułuda) prowadzi do destrukcji.

W życiu chodzi też o pozwolenie sobie na upadek. Na poddanie się. Na kapitulację.

Bezruch i poddanie się – udawanie „trupa” jest przecież jedną ze strategii przetrwania. Biologicznych strategii, którą wykorzystują instynktownie zwierzęta. Gdy mogą – uciekają. Gdy mogą – walczą. Gdy już nic z wymienionych dwóch opcji nie mogą – zamierają w bezruchu. A potem – albo przyjedzie śmierć w mniejszym bólu, albo przyjdzie sposobność na uruchomienie dwóch pozostałych działań – walki lub ucieczki.
I o to chodzi w poddaniu się. Pogodzeniu się na to, że czasem już nic nie można zrobić, i wtedy nawet ból umierania czy krzywdy nie jest tak dotkliwy (w zaufaniu ból wydaje się być mniejszy prawdziwie) jak jest podczas miotania się w walce „do końca” lub ucieczce pomimo wbitych w mięśnie ostrych zębów „przeciwnika”. Działa tu biologiczny mechanizm zamarcia wyłączający świadomość. Trauma ponoć jest wtedy mniejsza. Tak mówią specjaliści.

I jeszcze jedno potem ważne działanie – otrzepanie się z traumy.
Każde zwierze naturalnie to robi. Po przeżytej traumie doświadcza uwolnienia resztek skumulowanej w walce lub ucieczce emocji. Dosłownie otrzepuje się z nich i uziemia (w sensie fizycznym).
Człowiek współczesny porzucił te mechanizmy na rzecz leków przeciwbólowych, na rzecz rozmawiania o traumie (tak, rozmawiania, dlatego niektóre psychoterapie nie działają), na rzec przykrywania bólu maską „racjonalnych” zachowań. Gwałcąc w ten sposób biologię, zadaje gwałt sobie. Ciało pamięta i wyrzuca potem tę energię w aktach nagłych zachowań destrukcyjnych, albo mieli w sobie przez lata i przypomina o niej bólem czy chorobą.

Dlatego cenię sobie pracę z ciałem. Zetknęłam się z nią na studiach arterapeutycznych i dostrzegłam na sobie jej wielką moc. Potem były inne metody, których doświadczyłam, w których widziałam jak inni doświadczają.
Te cudowne odkrycia ostatnich lat, uczą mnie pokory dla cudu, jakim jesteśmy.
Uczą mnie pokory dla życia – nie tylko ludzkiego. Uczą mnie odpuszczania.
Nie nauczył mnie tyle 8 letni czas bycia wege, czy wychowanie w duchu katolickim. Ani żadna szkoła. Życie i doświadczanie uczy najwięcej.

Idee są niczym w zetknięciu z materią. Materia jest ukoronowaniem niewidzialnej energii i jednocześnie jest też sferą istnienia śmierci namacalnej, acz o nienamacalnym charakterze… Co daje mi nadzieję na traktowanie śmierci jako doświadczeniu życia.
W miłości – za pewne bez bólu.

Liście już prawie opadły, szybko się ściemnia, zwierzęta zwlaniają „obroty”, tylko człowiek zapiernicza jak oszalały no bo przecież idą święta 😉 i trzeba zapracować na świąteczne prezenty 🙂 hehe.

A ja zamieram i mam ochotę zatopić się w zimowy sen, by z wiosna za pewne wejść w nowe pole kreacji życia w życiu…

Refleksyjnych świąt listopadowych Wam życzę i dziękuję za uwagę <3

p.s.

Ale pomysły na prezenty już mam od dawna, więc nie martwcie się, niebawem dam znać na FB i blogu, o ciekawych propozycjach naturalnych prezentów 🙂

 

 

 

Zawarte na stronie treści to efekt moich doświadczeń, zdobytej wiedzy oraz własne refleksje na dany temat. Cenie sobie naturalne rozwiązania i je promuję. Ale decyzje w kwestii swojego zdrowia każdy podejmuje na własną odpowiedzialność. Dziękuję, ze tu zaglądasz 🙂 Pozdrawiam naturalnie. Asia

FacebookTwitterGoogle+Podziel się