Surowe wyznania ;)

O mojej „surowej” ścieżce życiowej… Czyli jak odkryłam w sobie „Natule”

A Bednarz

Surową dietą zainteresowałam się wiele lat temu, jeszcze będąc na wegańskiej ścieżce (weganką byłam ponad 4 lata, wegetarianką ponad 8 lat).
Był to wówczas dla mnie kolejny krok po zdrowie – przynajmniej tak wówczas na to patrzyłam. Zwłaszcza, że weganizm w wersji przetwarzanej, średnio mi przez te lata służył.
Moje zdrowie nie było w jakiejś totalnej rozsypce, ale coś cały czas przeszkadzało mi w ciele – to wypryski skórne, to swędzące egzemy i wysypki, to sucha skóra zamienne z przetłuszczającą się, to ciągle stany zapalne w ciele (co jakiś czas pęcherz moczowy dokazywał, innym razem dziąsła, innym razem powiększone węzły chłonne, czasem ból „korzonków”, czasem migrena, zastoje limfy i opuchnięte ciało…). Niby byłam zdrowa i młoda, ale zawsze było „coś”.
Mimo, że od nastu lat już nie jadłam fastfoodów, nie paliłam, bardzo rzadko sięgałam po alkohol, nie używałam cukru, słodzików, rzadko spożywałam przetworzoną kupną żywność, sięgałam po eko produkty, a z używek piłam tylko kawę i herbatę – w stosunkowo normalnych ilościach, to jednak nie było tak, jak bym chciała…

Gotowanie lubiłam od dziecka – myślę, że moja Mamusia i Tatuś mieli we mnie spore wsparcie w kuchni i w domu, to jednak za czasów bycia wege nie miałam „melodii” do jedzenia ciągle i na zmianę strączkowych paciai, zup czy pseudo gulaszy ze strąków, soi czy tofu. A o glutenach, seitanach czy sojowych teksturach nawet nie myślałam, bo już wówczas uważałam to za produkt mocno nienaturalny i niezdrowy.

Moja wegańska dieta nie była bardzo urozmaicona, bo była dość uboga ilościowo (myślę, że oscylowała wokół maksymalnie 1300 kcal, co było moją pozostałością po młodzieńczym odchudzaniu się i postrzegania siebie jako pulchnej. W wieku 13 – 14 lat schudłam sama bez pomocy zewnętrznej około 16 kilo – co uważałam wówczas jako ogromny sukces – i potem już cały czas starałam się utrzymywać szczupłą sylwetkę, nie koniecznie jedząc… ).
Miewałam przez lata chorobliwe kompulsywne zachowania jedzeniowe i wejście w jakiś jednolity klimat (jakim stał się dla mnie świat wegetarianizmu, a potem weganizmu) dawało mi swoistą ostoję oraz moc.
Weganizm dawał także pole do zamanifestowania swojej odrębności, inności i wyjątkowości, w okowach ideologii, która mówiła wszem i wobec, że jest dobra i zdrowa, nie tylko dla istot ludzkich.
Na tyle mi to pasowało, że nie dostrzegam braku logiki w wielu wegańskich hasłach. Choć akurat logikę kochałam na studiach, wiem, że weganizm był mi po prostu potrzebny.
Gdy górę biorą emocje, na nic logika…
Jako, że interesowałam się już wówczas (zaczęłam w młodym wieku) zielarstwem, to testowałam na sobie wiele ziół, superfoodsów i suplementów, zwracając jednak wielką uwagę na skład preparatów. W ten sposób za pewne, przy dość skromnej podaży kalorycznej, jak na młodą studiującą i pracującą potem dziewczynę, uzupełniałam jakoś mikroskładniki (tak sądzę, bo badania krwi nie wskazywały nigdy na jakieś stany patologiczne).
Emocjonalnie – byłam wówczas w innym stanie świadomości siebie, niż jestem dziś, wierzyłam, że robię dobrze, kierując się empatią.
Najbardziej jednak dokuczały mi wówczas dolegliwości skórne – teraz wiem, że skóra to swoista „granica” ze światem zewnętrznym i dziś już patrzę inaczej na te wypryski czy piekącą suchą skórę, krzyczącą o pomoc…

Jeszcze wówczas cały czas szukałam przyczyny swoich stanów „chorobowych” na zewnątrz siebie, upatrując ich głównie w czynnikach środowiskowych oraz przeszłych doświadczeniach (takze mających charakter zewnętrzny).

Szukałam dalej i tak trafiłam na weganizm w wersji witariańskiej, do tego dość uduchowiony – co także mi pasowało.
Uduchowiony – w znaczeniu, że osoby wraz, z którymi podążałam w tym nurcie zajmowały się także swoim rozwojem duchowym i psychiką.
Tak więc poszłam w kierunku wegańskiego witarianizmu, chwaląc sobie jego efekty zdrowotne przez kilka pierwszych miesięcy. Odczułam poprawę.
Ogromną zaletą tej ścieżki stało się dla mnie to, że mogłam w końcu jeść więcej, bez większego ograniczania się (choć i tak od lat tkwiłam w dużym ograniczeniu ;)).
Witarianizm w moim wypadku zaczął się od lektury książki Boutenko – o zielonych koktajlach. Potem było sporo witariańskiej literatury i artykułów z internetu. Idea nie przetwarzania pokarmu drogą termiczną powiązana z jedzeniem dojrzałych i dobrej jakości składników, była mi bliska i wydawała się logiczna. Miałam sporo wątpliwości co do kiełków, choć i przez pewien czas próbowałam je jeść regularnie. Nawet smakowała mi kiełkowana komosa ryżowa czy gryka, nie mogłam się jednak przekonać do skiełkowanej ciecierzycy i zrobionego z niej surowego hummusu :/
Po jakimś czasie zainteresowałam się dietą Grahama 80/10/10 i nawet próbowałam ją stosować. Poznając przy tym przez internet sporo ciekawych osób, które ową dietą były zafascynowane i także wcielały ją w swoje wegańskie życie.

Na witariańskim weganiźmie, zwłaszcza w owocowym wydaniu (80/10/10) mogłam jeść około 2000 – 2500 kcal na dzień, ale dalej bywałam głodna… Nie satysfakcjonowało mnie to. Doskwierający mi po godzinie od zjedzenia 800 kcal zielonego szejka owocowego, głód wprawiał mnie co najmniej w zakłopotanie. Chodziłam do pracy z siatą bananów, suszonych owoców a wieczorami podjadałam lekko podprażony słonecznik. Do tego łykałam spirulinę, macę, suplementy witaminowe (B12, D2), czasem brałam MSM i chciałam wierzyć, że wszystko będzie okej.
Ale nie było – wiara była zbyt płytka jednak, może ten mój umysł logiczny jednak się przebijał bardziej i podważał rusztowania wiary…
Nadal upatrywałam przyczyny wszystkiego na zewnątrz…
Zjadałam spore, jak na mnie, ilości owoców, zieleniny i warzyw, czasem gotowanych, do tego sporo trenowałam.
Biegałam, robiłam treningi na siłowni, trochę jogowałam.
Byłam w owym czasie dość aktywna fizycznie, co też nie było dla mnie czymś co znałam od dziecka. Bo jako dziecko dość chorowite od maleńkości, nie przepadałam za bieganiem i dużą porcją aktywności fizycznej. Moją ulubioną (potwierdzona sukcesikami klasowymi 😉 ) dyscypliną na w-f było rzucanie 5 kg piłką lekarską oraz przewroty. Bieganie było ostatnie na liście moich aktywności fizycznych i tak naprawdę pokochałam je (a nawet śmie twierdzić, że nauczyłam się biegać) dopiero w wieku chyba 28 lat – gdy postanowiłam wyjść na dwór i pobiegać po lasku, przy którym wówczas mieszkałam.
I choć bieganie było dla mnie swoistą ucieczką od życia, pomogło mi tak naprawdę znaleźć swoje ścieżki w tym życiu i dało mnóstwo wartości – nawet pomimo bolących kontuzji, które się przydarzały. Ale dzięki nim, między innymi, trafiłam na minimalistyczne obuwie 😉

Wracając do diety witariańskiej – moje ponad 1,5 roczne próby jej stosowania jednak nie skończyły się powodzeniem.
Dieta ta okazała się dla mnie zbyt męcząca, głodowa (jednak) i wykańczająca całkowicie moje jelita, a przez to – wiadomo – cały organizm.
Myślę, ze 80/10/10 stało się w moim przypadku przysłowiowym „gwoździem” do trumny wegańskiego sposobu żywienia. Moje jelita w pewnym momencie skapitulowały i nie dawały rady trawić sporych ilości błonnika z liści i warzyw. Pomimo płaskiego brzucha i stosunkowo małej ilości tkanki tłuszczowej, czułam się coraz bardziej „sucha”, chociaż miałam w sobie spore pokłady energii. Ale myślę, że brały się one bardziej ze sfery psychiki, niż były zasilane z diety.

Okres ten był dla mnie czasem wielkich zmian w moim życiu, czasem poważnych decyzji – życiowych, rzekłabym. Za które jestem wdzięczna sobie 🙂

To był okres wielkich stresów, z których wagi zdałam sobie sprawę dopiero po latach, gdy owy stres odpuścił „w głowie” i zaczął dawać intensywne objawy w ciele (pracuje nad tym do dziś).

Okres bycia wege i witarianizmu – to także czas, w którym poznałam wspaniałe i znaczące dla mnie osoby – wspaniałych przyjaciół, partnera życiowego, otworzyłam się na świat, na ludzi, opuściłam swoje rodzinne gniazdo na dobre (także odległościowo) i rozwinęłam skrzydła… Niektórzy wege przyjaciele nadal są obecni w moim życiu, inni odeszli, kiedy przyszedł na to czas.
To czas, w którym zaczęło się mnóstwo procesów , które trwają, które dzieją się, które się transformują do dziś.

Moje ciało mówiło mi, że czas na zmiany. Witarianizm wydawał mi się sensowną nadal opcją, ale już nie formie wegańskiej.
Zaczęłam jeść produkty zwierzęce, najpierw rzucając się na kaszankę i salceson…
To był czas kiedy jeszcze pracowałam w wegańskim sklepie. Z jednej strony otoczona wege ideologią, walczyłam ze swoim instynktem… To był trudny okres, bo moja zmiana diety była też jedną z przyczyn zmiany pracy. I choć bardzo ceniłam ludzi, z którymi wówczas pracowałam, nie mogłam dłużej poświęcać się temu zajęciu. Zmiany te były dla mnie kolejnym naturalnym krokiem ku sobie samej 🙂

Czas „wege” w moim życiu był pięknym i znaczącym dla mnie okresem, za który także i z serca jestem wdzięczna, pomimo bólu 😉

Ale jak wiadomo, bez cienia nie ma jasności 😉

Zawsze byłam daleka od lekarzy, korzystałam z ich porad awaryjnie, głównie sama studiując i szukając pomocy na moje dolegliwości. Słuchając przy tym wewnętrznego głosu, który zawsze kierował mnie w świat natury – ziół, nieprzetworzonej diety, naturalnych terapii.
I pomimo, że w którymś momencie zbyt mocno w mym weganiźmie poszłam w emocje i dałam się złapać w wegański ideologiczny wałek, porzucając swoją intuicję i to co zawsze mi towarzyszyło – czyli wyważoną racjonalno-intuicyjną decyzyjność w kwestii zdrowia oraz przeświadczenie, że dieta powinna być jak najbardziej naturalna i zgodna z naszą fizjologią – cieszę się z tego okresu w życiu.

Dane mi było znaleźć się w „odpowiednim miejscu i czasie wśród odpowiednich ludzi”.
Potem, jakby naturalną koleją rzeczy, pojawiła się dieta też nisko przetworzona, ale zawierająca już mięso i inne produkty zwierzęce, choć w zdrowej formie.
I tak zainteresowałam się paleo dietą. Szybko jednak już – bez wchodzenia w kolejne „czyjeś” koleiny, poszłam za głosem instynktu, rozumu, intuicji. Moja dieta bardziej przypominała – i nadal taka jest trochę – neo paleo – czyli taką mieszankę z elementami diety paleolitycznej (tzw pierwotnej) z neolitycznymi rozwiązaniami.

Nigdy nie trzymałam się ściśle zasad tzw „paleo” diety.

Dziś moja dieta jest bardziej instynktowna, choć nie pozbawiona rozumowej rozkminy ;), nie jest skrajna w swych rozwiązaniach.
Miewam okresy, że jem więcej surowej żywności – owoce, miód, warzywa, mięso (najczęściej w wersji półsurowej lub surowej, albo gotowanej). Są okresy gdy jest mocno owocowa, innym razem chętnie jem gotowane bulwy i korzenie, jeszcze innym sięgam po niektóre kasze.
Gdy czuję potrzebę – robię pyszny hummus z cieciorki i tahini, albo przez kilka dni pod rząd – jadam jajka w większych ilościach, lub kasze.
Nie planuję jadłospisów, nie planuję posiłków, staram się nie podjadać za często, tak by kierować się prawdziwym poczuciem głodu. Jedzenie w spokoju i skupieniu – pomaga mi znaleźć nie tylko w tym doświadczeniu przyjemność, ale także skutkuje dobrym trawieniem.

Wiem jak ważne w jedzeniu (i w życiu w ogóle) jest nastawienie doń. Schematy myślowe w jakich funkcjonujemy, to z jednej strony cudowny projekt naszego mózgu, mający nam ułatwiać życie. Z drugiej strony mogące się stać przekleństwem działanie nieświadome, które jednak można kontrolować i transformować (podobno wymazać się nie się nie da).

Przez te lata pracy nad sobą na wielu polach zdałam też sobie sprawę , jak wiele traum i stresów od lat „chowałam” nieświadomie w ciało, przyjmując taką, a nie inną strategię obronną.
Ale to To sprawiło, że zainteresowałam się głębiej psychosomatyką oraz terapeutyczną pracą z ciałem – co studiuję i doświadczam na sobie do dziś.

Moje postrzeganie przyczynowości stanów chorobowych zmieniło się, zaczęłam dostrzegać wagę czynników wewnętrznych – psychicznych, które są kluczowe.
I tak sama zaczęłam rozpracowywać swoją „głowę” i to co w niej się kłębi 🙂
Przy tym moja dieta w naturalny sposób „znaturalniała” :), zachowania kompulsywne odeszły, stan cery się poprawił znacząco.
Jestem bardziej pogodzona ze sobą, ciałem, aktualnym stanem zdrowia, życiem.
Ale w związku z tym, że dotykam głębokich spraw w sobie, ciało daje mi znać o tym doprawdy w niesamowity sposób, dając jednocześnie okazję do poznawania nowych dziedzin pomocy sobie i innym. Ćwiczę w sobie cierpliwość i pokorę.

Generalnie unikam zbóż, czasem sięgam po pseudozboża. Nabiał – zwłaszcza surowy – jadam chętnie, ale nie regularnie. Nie żałuję sobie tłuszczy – w tym oczywiście zwierzęcych, z których z resztą zainspirowana przez Kubę, zaczęłam tworzyć doprawdy skuteczne i kojące mazidła do skóry.

Robienie Paleo Kosmetyków stało się moją pasją, rozwinęłam także moje projekty związane z szyciem i robieniem naturalnych przytulaków – które nazwałam dumnie Natulakami 🙂 Z oddaniem motam lalki Natulanki…

Mimo to, moje zdrowie – właśnie w tym okresie, który wydawał mi się najbardziej dla mnie płodny i piękny, dość mocno się posypało. Moje bólowe objawy somatyczne sięgnęły zenitu – także po stresie jaki przeżyłam podczas operacji, na którą trafiłam nieplanowanie (przynajmniej świadomie nieplanowanej…) i która także stała się dla mnie momentem przełomowym w życiu.

Prawie dwa lata temu straciłam wiele – by zacząć zyskiwać w sobie i dla siebie więcej.

Ten proces zmian trwa we mnie nadal.

Każdy tydzień, miesiąc, za „czarodziejskim” ruchem tzw. synchroniczności oraz dzięki stawaniu się obserwatorem siebie samej … daje mi kolejne doświadczenia i okazje do rozwoju, także i co ważne dla mnie – rozwoju pokory we mnie.
Pokory do siebie – swojego ciała i życia, pokory – w stosunku do innych i świata.
Coraz dalej mi od neofickiej tendencji do wywyższania swojego stanu świadomości nad stan innych, mówienia innym co jest dla nich lepsze, a nawet radzenia. A taki sposób postępowania cechuje wielu ludzi dziś, czyniących się samozwańczymi guru… Tym już oświeconym raptem po kilkunastu latach doświadczania 😉 – polecam lekturę „Strażnik Dharmy” Xu Yun (autobiografia chińskiego mistrza Zen Xu Yuna).

Uczę się słuchać innych, słuchać siebie, obserwować życie, z którym pragnę kiedyś pożegnać się w spokoju z uśmiechem na twarzy.

Teraz mam czas, kiedy wiem, że jeszcze długa droga przede mną by móc pomagać innym – o ile to jest moją drogą…
Choć lubię się dzielić swoim doświadczeniem, bo wiem, że to tez wiele może dla kogoś znaczyć – dlatego na moim blogu znajdziecie – to co znajdziecie…

Ostatnio zainteresowałam się żywiej dość nową dziedziną pomagania i towarzyszenia w rozwoju innych – arteterapią, w której się cały czas kształcę, której sama cały czas na sobie doświadczam, która także pomaga mi wrastać.
Jednocześnie zgłębiam ostatnio bardziej tajniki jungowskiej psychologii (i jego uczniów…), zaglądam czasem do ezoteryki – choć jakoś do niej mnie bardzo nie ciągnie – chyba wolę bardziej logiczne (pomimo dość aktywnej prawej półkuli mózgu) rozwiązania.

Pracuję z młodymi ludźmi i dla ludzi, widząc w nich swoich „małych” dużych nauczycieli.

Zmieniam się z dnia na dzień i choć udało mi się powrócić do dziecka w sobie (w sumie powracam do niego cały czas ostatnio) to jednak wiem, że taka sama jak kiedyś nigdy już nie będę i to jest piękne.

Na pierwszym miejscu stawiam naturalność – uczę się być naturalna (prawdziwie) i przemycam naturalność do swojego życia (w sensie kontakt z naturą) – w diecie i w życiu, o czym możecie dowiadywać się z mojego bloga oraz zaglądając do mojego rękodzielniczego zakątka.
Bo wiem, że w naturze tkwi źródło.

W planach mam, pomimo wielu przemyśleń i już prawie rezygnacji, napisanie poradnika młodego paleo kosmetyka :)) oraz nowe projekty Natulaków, a potem… no cóż, życie pokaże.

„Natule” powstało z połączenia słów „naturalne” i „tulenie”.
To część mnie, która daje utulenie 🙂 naturalnie.
Powstała wtedy kiedy potrzebowałam sama otulenia 🙂 Nic nie dzieje się przypadkowo…
Ale jednocześnie wiem, że wszystko co potrzebne nam samym do szczęście – mamy w sobie.
Natule to kawałek mnie samej, zmieniający się także – jak ja sama – dlatego możesz spodziewać się, że nudy, mainstreamu i rutyny raczej na mojej stronie nie zaznasz, choć bywają okresy swoistej stagnacji.
Ale ja jestem typem, który lubi dużo rozmyślać, dumać i potrzebuje spokoju by działać…

Dziękuję za „wysłuchanie mnie” i zapraszam do śledzenia mnie na blogu.

Joanna

 

FacebookTwitterGoogle+Podziel się